PlayStation ma Gran Turismo, a Microsoft Forza Motorsport. Między fanatykami obu serii od lat istnieje spór o prymat w świecie konsolowych wyścigów. W tej generacji konsol nie możemy jeszcze zestawić bezpośrednio przedstawicieli gier wyścigowych od Turn 10 i Polyphony Digital, gdyż premiera Gran Turismo 5 jest ciągle przekładana. Microsoft pilnuje jednak dat premier swoich flagowych produktów i od końca ubiegłego roku możemy grać w Forza Motorsport 3. Czy jest to rzeczywiście świetny symulator?
DJ Hero trafił do sklepów. Czy nowa muzyczna zabawka zasługuje na tak wysokie oceny jakie otrzymuje do tej pory? A może to tylko przereklamowany plastikowy bubel?
Nie bez powodu poruszyłem ten temat już na początku recenzji. Sam zmieniałem zdanie kilka… naście razy. Wszystko zaczęło się od fascynacji. DJ Hero miał powstawać przy udziale jednej z największych gwiazd – DJa Tiesto (polecam oficjalny kanał YouTube). Obok takich informacji nie przechodzi się obojętnie. Tym bardziej jeśli jest się miłośnikiem muzyki tego ostatniego. Niestety każda następna nowinka studziła mój zapał, a prawdziwym zimnym prysznicem (z płynnego azotu) było ujawnienie kontrolera. Po zapoznaniu się z częścią wykonawców na scenę wkroczył sceptycyzm. „I to ma być to cudowne DJ Hero? Tandetny plastikowy gramofon, utwory które nie zapowiadają niczego dobrego… Podziękuję”. Na szczęście pierwsze gameplay’e i wideorecenzje sprawiły, że po raz kolejny zmieniłem zdanie. Tym razem na dobre. O dziwo nie tylko ja tak się tak wahałem. Wielu recenzentów oczekiwało tandety, a dostało… no właśnie. Co dostajemy?
Pierwsze wzmianki na temat Mini Ninjas przypominały nocny koszmar, no bo przecież jak tak zasłużony w gatunku krwawych gier akcji producent, jakim jest studio IO Interactive może brać się za „gry dla dzieci”. Przecież to oni stworzyli Agenta 47! To oni wykreowali tak przekonujące charaktery, jakimi bez wątpienia są „zabijaka” Kane i „psychol” Lynch! A tu nagle jakaś kolorowa platformówka z ninja-szkrabami w rolach głównych? Nie dziwota, że od samego początku byłem tak sceptycznie nastawiony do tej produkcji i obawiałem się, że napisanie tego tekstu może być najprawdziwszą katorgą. Stało się jednak inaczej i zamiast niegrywalnego dziwoląga otrzymaliśmy… Nie, tego Wam tak szybko nie zdradzę.
Seria Il-2 Sturmovik posiada rzesze wiernych fanów. Stworzona przez Maddox Games pokazała, jak wyglądać powinien prawdziwy symulator. Seria, która zadebiutowała w 2001 roku, jako jedyna pozwalała graczom doświadczyć autentycznych wrażeń z walk powietrznych II wojny światowej. Jako, że wydawca, 1C bardzo chce zaistnieć na rynku gier na konsole, postanowiono stworzyć nową odsłonę serii dedykowaną tym pudłom podłączanym do telewizora. Jednakże zadanie jej stworzenia nie zostało powierzone twórcom serii, lecz studiu Gaijin Entertainment, które zasłynęło póki co przeciętnym X-Blades. Czy brak doświadczenia zrobił swoje? Czy też nowicjusze zabłysnęli? Ha! Odpowiedzi w tej recenzji.
Trochę boli, gdy któraś z tych bardziej zasłużonych dla rozwoju gier serii nieco podupada, bowiem widać, że jej twórcom ciężko było nadążyć za duchem współczesności i wysokimi oczekiwaniami graczy XXI wieku. W czasie procesu dewelopingu popełniono gdzieś błąd, przez co zamiast doskonałej produkcji spędzającej sen z powiek miłośnikom gier otrzymujemy „zaledwie” poprawnie wykonany sequel, który jednak ciężko ustawić na jednej półce obok innych produkcji, które stanowiły kamień milowy w branży gier wideo. Taki los spotkał właśnie najnowsze dzieło studia Raven Software, grę Wolfenstein.
Każdy pewnie, jako dziecko marzył o tym, by zostać super bohaterem, założyć majtki na spodnie i polować na złoczyńców. Większość bohaterów należy do dwóch „stajni” – DC Comics i Marvel. Każda z nich w lepszy lub (przeważnie) gorszy sposób próbowała wejść do świata gier, z reguły przy okazji filmów opartych na komiksach. Komiksy nie mają szczęścia do ekranizacji jak i do gier. Czasem jednak trafiają się perełki. W tej recenzji przyjdzie mi rozstrzygnąć, czy Marvel: Ultimate Alliance 2 należy do tych nielicznych perełek.
Stawianie gracza po zupełnie innej stronie konfliktu było już nie raz przerabiane przez twórców gier przy okazji tworzenia dodatków. Wystarczy spojrzeć na Half-Life, w którym mieliśmy okazję wcielić się w komandosa w Opposing Force i w strażnika w Blue Shift. Nigdy jednak nie było nam dane wcielić się w tych głównych złych. Tych, którzy się przyczyną wszystkiego złego na świecie. Tym razem jest inaczej, bowiem w dodatku Reborn wcielamy się w jednego z żołnierzy Repliki. Jak się okazuje jej siły nie są tak jednomyślne jak by się wydawało. Powraca też stary znajomy z pierwszej odsłony serii, który najwidoczniej jest niezniszczalny…
Need for Speed: Undercover był jednym wielkim rozczarowaniem. Owszem, niektórym mógł się spodobać, chociażby mi, bo testując tę produkcję bawiłem się na tyle dobrze, że postanowiłem wystawić jej „siódemkę”, lecz nie zmienia to faktu, że absolutnie wszyscy spodziewali się po niej znacznie więcej. Miejmy nadzieję, że kolejna odsłona serii – odmieniony NFS: Shift, wyniesie ją ponownie na piedestał. Cofnijmy się jednak w przeszłość, bowiem właśnie miałem okazję przetestować „przenośną” wersję NFS: Undercovera. Od razu Wam jednak zdradzę, że obcowanie z tą pozycją do najprzyjemniejszych nie należało…
Vin Diesel to prawdziwy twardziel. Jego niezwykle charyzmatyczne role w takich filmach, jak chociażby XXX, Szybcy i Wściekli czy Pitch Black budzą respekt, no bo jak może być inaczej, skoro gdy tylko ktoś mu podskoczy, to śmiało może spisywać testament i żegnać się z rodziną, bo jego koniec jest z pewnością bliski. Jakiś czas temu także i producenci gier postanowili przenieść postać Vina do gier wideo, czego pierwszym efektem były doskonałe Kroniki Riddicka: Ucieczka z Butcher Bay oraz nie tak dawno wydany remake i zarazem sequel Assault on Dark Athena. Długo nie musieliśmy czekać na kolejną produkcję z „łysolem” w roli głównej – gdyż właśnie miałem przyjemność zagrać w stworzoną przez firmę Tigon Studios grę Wheelman. Czy jednak kaskaderskie popisy Vina są w stanie przyciągnąć przed ekran telewizora na dłużej?
Firma Electronic Arts przyzwyczaiła nas już do tego, że wokół produkowanych przez nią gier jeszcze na długo przed ich premierą tworzona jest marketingowa otoczka doskonałości. Czego to nadchodzący wielkimi krokami „hit” nam nie zaoferuje i jakiej to grafiki w niej nie zobaczymy – o wszystkim tym dowiadujemy się z przeróżnych materiałów prasowych i krótkich wywiadów zamieszczonych gdzieś w Internecie. Oczywiście takie posunięcie jest jak najbardziej normalne, a jeśli jeszcze dana pozycja spełnia wszystkie te zapewnienia twórców, to chyba nikt nie powinien narzekać. Nieco inaczej „elektronicy” postąpili z grą Lord of the Rings: Conquest. Co prawda przed premierą tu i tam pojawiały się jakieś zapowiedzi (swoją drogą – w większości przypadków wyprane z wszelkich emocji), lecz piania twórców z zachwytu na temat ich najnowszego dzieła nigdzie nie uświadczyłem. Akurat miałem okazję pograć w pełną wersję i teraz już wiem, dlaczego tak się stało…
Fani superszybkich zręcznościówek z samolotami w roli głównej jakoś nie są mocno rozpieszczani. Co prawda konsolowcy od lat znają kolejne, coraz to doskonalsze odsłony serii Ace Combat, będące powietrzną rozpierduchą z prawdziwego zdarzenia (nieco ponad rok temu miała miejsce premiera szóstej części, która pojawiła się na Xboxa 360), lecz posiadacze komputerów PC nigdy takowej nie otrzymali (seria Blazing Angels to jednak zupełnie inna, nieporównywalnie „wolniejsza” pozycja). Całe szczęście pewna grupa programistów (konkretnie rumuński oddział firmy Ubisoft) wpadł na pomysł, by stworzyć dla niej konkurencję, a dzięki odpowiedniemu zapleczu w postaci scenariusza napisanego przez samego Toma Clancy’ego mogli już spokojnie zająć dopieszczaniem rozgrywki. Tym oto sposobem powstał Tom Clancy’s H.A.W.X, który niczym F-22 Raptor wdarł się do mojego mieszkania i szybciutko wylądował w czytniku konsoli PS3 (pozycja ta dostępna jest również na PCty i Xboxa 360, od których praktycznie się nie różni). Jeśli latanie w przestworzach nie powoduje u Was odruchów wymiotnych, to czym prędzej zapraszam Was do lektury.
Pierwszy F.E.A.R. wydany w 2005 roku (jak ten czas leci…) powalał. Szatą graficzną, nastrojem i umiejętnością utrzymywania gracza w napięciu. Nie była to gra idealna, lecz całokształt mnie urzekł. Później przyszedł czas na dodatki, jeden średni, drugi trochę lepszy. Później przyszły zawirowania związane ze zmianą właściciela studia Monolith. Sequel F.E.A.R. początkowo miał się nazywać Project Origin, lecz później udało się nabyć prawa do marki. I tak powstał F.E.A.R. 2. Ile jest strachu w S.T.R.A.C.H.U.?
Stworzenie naprawdę udanej gry wideo to nie lada sztuka. Nie wystarczą doskonałe umiejętności programistów, solidne wsparcie finansowe wielkiego wydawcy i odpowiedni pomysł na grę. Między tymi trzema elementami musi coś „zaiskrzyć”, by tytuł spełniał wysokie oczekiwania graczy i przyciągał ich przed TV o każdej porze dnia i nocy. Programiści ze studia Free Radical Design mięli wszystko. W przeszłości stworzyli świetną serię TimeSplitters, która osiągnęła spory sukces, przez co pierwsze informacje na temat ich najnowszego dzieła o nazwie Haze wzbudziło niemałe zainteresowanie wśród graczy. Niedługo później okazało się, że pozycja ta pojawi się wyłącznie na PlayStation 3, a jej zadaniem będzie przekonać do zakupu konsoli firmy Sony wszystkich tych, którzy narzekali, że na tę platformę sprzętową pojawia się zdecydowanie za mało świetnych gier. Przed premierą postarano się jeszcze o potężną akcję reklamową, gdyż to miał być Exclusive przez duże „E”, który spędzi sen z powiek milionom użytkowników „czarnulki”. Wielkie emocje, ogromne wyczekiwanie na dzień jej debiutu na rynku i… z tego wielkiego, napompowanego przez speców od marketingu balona wydobył się co najwyżej nieświeży smrodek.
Przed kilkoma miesiącami miałem przyjemność przetestować ostatnią odsłonę serii FIFA z numerkiem 09, przeznaczoną na komputery PC. Oczywiście żadnej rewelacji się nie spodziewałem i w sumie to właśnie otrzymałem – ot kolejna, lekko podrasowana w stosunku do poprzedniej odsłony symulacja piłki kopanej, a za całokształt przyznałem „ósemkę”. W tym samym momencie Havret rozkoszował się next-genową wersją tej pozycji, którą w swojej recenzji raz po raz wychwalał pod niebiosa (zresztą sami sprawdźcie), no ale już wcześniej dobrze widziałem, że jest to zupełnie inna produkcja przygotowywana przez odrębny team deweloperski. Tak się składa, że nie tak dawno dziwnym trafem w moje rączki wpadła konsolowa (dokładnie na PS3) wersja gry UEFA Euro 2008, dlatego czym prędzej postanowiłem zobaczyć, czym też konsolowcy tak bardzo się zachwycają, bo kolejne odsłony serii FIFA tworzone z myślą o next-genach zbierają doskonałe recenzje. Pograłem w nią naprawdę długo i teraz… pluję sobie w brodę, że PCtowej FIFIE 09 wystawiłem tak wysoką ocenę.
Nauczony wieloletnim doświadczeniem, nie oczekiwałem po tegorocznej odsłonie FIFY niczego nadzwyczajnego. Ot, kolejna żałosna i z góry skazana na porażkę próba zmniejszenia dystansu do konkurencyjnej kopanki spod znaku Pro Evolution Soccer. PeCetowa wersja FIFY 09 tylko utwierdziła mnie w tym przekonaniu, przynosząc co najwyżej nieprzyjemny ból zębów i dyskomfort – 140 złotych wyrzucone w przysłowiowe błoto, bynajmniej nie jest tym, co tygryski lubią najbardziej. Kiedy jednak tak siedziałem i dumałem nad swym głupim występkiem (po jaką cholerę kupowałeś to badziewie?!) na moim biurku wylądowała ona – next-genowa edycja kopanki EA Sports – i wywróciła mój świat do góry nogami!