Kandydatów było… niewielu. Wszystko co trafiało w moje ręce było niezłe, przeciętne, dobre lub z ubiegłego roku (The Force Unleashed, Little Big Planet). Tytuły takie jak Modern Warfare 2 omijałem szerokim łukiem (wybaczcie, ale ponad 200zł za niecałe 5h zabawy to dla mnie zbyt dużo za za mało). Znalazł się jednak jeden tytuł, który spełnił moje oczekiwania z ogromną „nawiązką”. Nie spodziewałem się czegoś tak dobrego. Po wielu godzinach gry i nabiciu milionów punktów z czystym sumieniem mogę stwierdzić, że moją grą roku zostaje – uwaga werble, trąbki, sample – DJ Hero. Za co? Za luźny klimat, za fenomenalny soundrack (prawie 100 unikalnych miksów złożonych z popularnych kawałków np. Daft Punk + Queen – to trzeba usłyszeć). Ogromną zaletą jest aż pięć poziomów trudności – innymi słowy DJ Hero to takie „easy to learn, hard to master”. Opanowanie wszystkich „technik” zajmuje sporo czasu, wymaga dużo cierpliwości, ale wynagradza to satysfakcją płynącą z odgrywania każdego miksu. Wystarczy kilka minut aby zapomnieć o całym świecie i dać się wciągnąć muzyce. I pomyśleć, że to tylko plastikowy „gramofon”. A tak przy okazji. Niejaki David Guetta pracuje przy dwójce, która będzie mniej popowa, a bardziej klubowa.
Rozczarowanie roku 2009
Kandydatów było… również niewielu. Po Doomie 3 nauczyłem się, że każdą obietnicę należy filtrować 10 razy, a oglądając screeny wziąć pod uwagę że są „lekko” podrasowane. Mimo to po raz kolejny dostałem kopa prosto w twarz. Tym razem od samego Saurona i spółki. Lord of The Rings: Conquest miał być „takim trochę lepszym Battlefrontem w realiach filmowego Władcy z walką jak w Powrocie Króla”. Podobał mi się Battlefront. Uwielbiam filmowego Władcę Pierścieni (ta muzyka!). A siekanie setek potworów w Powrocie Króla było bardzo przyjemne. Czego chcieć więcej? Dotrzymania obietnicy w przynajmniej 50%? Nie dostaliśmy nawet 20%. Ba… zastanawiam się czy autorzy dotrzymali słowa chociaż w marnych 10%. Ok, muzyka była, „momenty filmowe” były, do tego całkiem niezła walka… ale nic więcej. Bo po co do – wybaczcie – ciężkiej cholery wpuszczać gigantyczne Olifanty i machiny oblężnicze na malutką mapkę? Dosiadasz takiego „słonia” i możesz zrobić kilkanaście kroków. Jak można stworzyć misję ochrony Froda, który pcha się do walki niczym Wiewiór z Epoki Lodowcowej do żołędzia? Niestety w przeciwieństwie do sympatycznej, aczkolwiek głupkowatej szczurowiewiórki nie ma wykupionej nieśmiertelności. Ostatnią rzeczą, która skreśliła w moich oczach grę jest faworyzowanie drużyny AI. Nasi to kretyni, którzy zostawili mózgi w zbrojowni. Natomiast „ci drudzy” radzą sobie zaskakująco dobrze. Grając z komputerem zapomnij o jakiejkolwiek współpracy. To nie UT2004 (UT3) gdzie można powierzyć ochronę bazy zawodnikowi sterowanemu przez AI. W LotR: Conquest albo wszystko robisz sam, albo przegrywasz. Jest też trzecie wyjście. Znajdziesz je w „Dodaj/Usuź programy”. A jeśli drogi czytelniku chciałbyś powiedzieć, że „to gra online” odpowiem krótko – singleplayer powinien być dobry (patrz UT), albo nie powinno go być wcale.
Tak się złożyło, że w tym roku nie grałem zbyt wiele. Na dodatek ominęły mnie niemal wszystkie duże premiery. Dlatego postanowiłem, że tytuł gry roku dostanie ode mnie produkcja z niszowego gatunku przygodówek, a mianowicie A Vampyre Story. Gra ta stworzona została przez studio Billa Tillera – grafika znanego z klasycznych przygodówek LucasArts. Nie dziwi więc, że Vampyre Story wyraźnie nawiązuje do tamtych czasów. Nawiązywanie nie oznacza jednak kopiowania. Mamy tutaj podobny styl graficzny oraz równie pokaźną dawkę humoru. Wampirza Historia jest dowodem na to, że wcale nie trzeba tworzyć nowej formuły, by stworzyć świetną grę. Gra prezentuje się świetnie we wszystkich aspektach. Na pierwszy plan wysuwa się para głównych bohaterów: wampirzyca Mona i gadający nietoperz Froderyk. Ich przezabawne sylwetki powinny dostąpić rzadkiego zaszczytu umieszczenia w panteonie wirtualnych postaci. Prócz tego znajdziemy tutaj całe hektolitry pełnokrwistego, niebanalnego humoru (nie pamiętam już, kiedy ostatnio się tak uśmiałem). Oprawa jest rewelacyjna i pokazuje, jak zawstydzić najeżone nowinkami technologicznymi cacka. Od bajecznych, ręcznie rysowanych teł, po karykaturalne sylwetki postaci, wszędzie widać kunszt Tillera. Do tego dostajemy genialny angielski dubbing oraz klimatycznie gotycką ścieżkę dźwiękową. Vampyre Story to gra z charakterem, w której nie trzeba na nic przymykać oka. Z niecierpliwością czekam na kontynuację, zatytułowaną A Bat’s Tale – tym razem opowiedzianą z perspektywy nietoperza Froderyka.
ROZCZAROWANIE ROKU: Resident Evil 5
W tym roku nie spotkało mnie żadne większe rozczarowanie, dlatego wybrałem jedno z pomniejszych. Jako fana survival horrorów rozczarował mnie nieco Resident Evil 5. Wprawdzie okazał się bardzo mocnym tytułem, ale nie brak mu słabych punktów. Od czasów czwórki seria zdaje się siedzieć okrakiem między survival horrorem a grą akcji. Jak wiadomo to właśnie ograniczenia technologiczne (patrz mgła w Silent Hill) oraz toporne sterowanie (bohater porusza niczym czołg) ukształtowały specyficzną formułę tego gatunku. Podczas gdy w najnowszym Silent Hill (Shattered Memories) całkowicie zrezygnowano z walki, ostatnie Residenty pozwalają nam swobodnie celować w nieprzebrane hordy zombie. Ilość wrogów oraz możliwości naszych bohaterów skutecznie niweczą atmosferę zaszczucia. RE 5 po prostu nie straszy. Z drugiej strony nowy Resident nie jest też pełnokrwistą grą akcji. Wachlarz ruchów naszych bohaterów jest bardzo ograniczony (nie potrafią skakać, nie mogą strzelać w ruchu), a walka wręcz jest bardzo uciążliwa. Irytuje też nadmierna liniowość oraz przesadna automatyzacja czynności niezwiązanych z walką. I tak seria, która zrodziła gatunek, powoli opuszcza jego tonący statek. Najlepiej będzie gdy Capcom podejmie męską decyzję i jednoznacznie określi przyszłość serii. Jeżeli jednak kolejna odsłona miałaby porzucić całkowicie swoje korzenie, to trzeba by się zastanowić nad zmianą tytułu (tak jak to miało miejsce w przypadku powstania serii Devil May Cry).
Poniższy tekst jest pierwszym z serii krótkich podsumowań zeszłego roku. Każdy w redakcji miał przyjemność zagrać w wiele gier więc można przyjąć, że wiemy o czym mówimy ;) Zapraszam do lektury.
Kolejny roczek minął jak z bicza trzasnął, a ten pod względem zaliczonych przeze mnie gier okazał się zdecydowanie lepszy od poprzedniego. Niestety po raz kolejny nie we wszystkie „megahity” przyszło mi zagrać – ominął mnie Dragon Age: Początek, na którego tak bardzo czekałem, Uncharted 2: Among Thieves na PS3 okrzyknięty przez wielu zachodnich redaktorów jedną z najlepszych gier wideo w historii, czy ostatni Football Manager, który zapewne pochłonąłby zdecydowaną większość mojego wolnego czasu (na szczęście już się uwolniłem od „kolorowego Excela ze strzałkami”, jak to niektórzy go nazywają). Jednak na szczęście nie ominęły mnie najnowsze przygody Człowieka-Nietoperza w grze Batman: Arkham Asylum i to właśnie ta pozycja pochłonęła mnie bez reszty. Co prawda filmiki pojawiające się przed jej premierą sprawiały niezłe wrażenie, ale chyba nikt nie spodziewał się tak doskonałej i dopracowanej gry tworzonej przecież na podstawie komiksowej licencji. To po prostu nie mogło się udać… A jednak programistom ze studia Rocksteady się jakoś udało i stworzyli oni jedną z najlepszych gier akcji ostatnich lat. Kto jeszcze nie zagrał, to może śmiało lecieć do sklepów po egzemplarz dla siebie. A jeśli jeszcze macie wątpliwości to zapraszam do zapoznania się z recenzją gry Batman: Arkham Asylum – ten artykuł powinien rozwiać wszelkie Wasze wątpliwości. Najbardziej cieszy fakt, że zapowiedziano już jej kontynuację, choć na jej premierę jeszcze sobie trochę poczekamy. Myślę, że będzie, na co czekać.
Nie samymi wspaniałymi grami człowiek jednak żyje i w ubiegłym roku miałem wątpliwą przyjemność zagrać w kilka mniej udanych gier. Większość z nich jeszcze na kilka miesięcy przed premierą „na papierze” wyglądały na wielkie hity lub co najmniej bardzo dobre produkcje, lecz szybko okazywało się, że mamy do czynienia z niewiele lub absolutnie nic niewartymi tytułami. Do takowych z pewnością można zaliczyć tragicznie wręcz słabego ShellShocka 2 (aż strach się bać, że twórcy tego potworka dłubią przy Aliens vs Predator!) oraz Damnation, niedopracowane Velvet Assasin i Stormrise lub też Władcę Pierścieni: Podbój będącego zdecydowanie najgorszą produkcją, której akcja rozgrywa się w świecie Tolkienowskiego Środziemia.
Najbardziej rozczarowała zupełnie inna gra, a mianowicie najnowszy Wolfenstein, który co prawda wcale nie jest ani słaby, ani nawet przeciętny, bo to kawał całkiem niezłej produkcji, niemniej po Raven Software spodziewałem się dużo, dużo więcej. Owszem, sporo się przy nim napracowali, ale była to raczej „rzemieślnicza robota”, bez polotu i finezji, przez co grało mi się w niego równie dobrze, jak każdego innego, taśmowo zaliczanego wręcz FPSa. A to przecież miała być kontynuacja kultowego Wolfensteina…
Czy kiedyś nie marzyłaś (lub nie marzyłeś) o przepięknym domu z oryginalnym wystrojem, o pięknym ogrodzie z basenem? O wspaniałej, ślicznej i inteligentnej osobie u swojego boku? O usłanej laurami karierze? O niezliczonej liczbie wspierających Cię przyjaciół? O nowym drogim aucie i o ultranowoczesnych cackach? Marzenia marzeniami, ale z drugiej strony przecież, co jakiś czas, nawet te maleńkie się spełniają. Może życie nie jest idealne, a czasami wręcz ma się go dosyć, mimo to pozostaje nadzieja, iż każdy następny dzień może przynieść nam coś nowego i lepszego. To samo tyczy się też gier. Wszelakie produkcje oferowały nam różnej maści zabawę, lecz dopiero The Sims dała nam możliwość urzeczywistnienia swoich niedoścignionych celów. Dzięki postaciom w grze mogliśmy kreować życie i świat je otaczający według naszego widzimisię. Poprzez Simsy mogliśmy ziścić swoje skrywane od dawien dawna marzenia.
Gdyby jeszcze kilka lat temu ktoś powiedział mi, że doczekamy czasów, kiedy posiadacze konsol przestaną być przez rodzimych wydawców dyskryminowani i wzorem posiadaczy PeCetów, będą mogli zagrywać się w swoje ulubione pozycje również w wersjach zlokalizowanych, musiałby się liczyć z wybuchem gromkiego śmiechu z mojej strony. Któż to bowiem – dajmy na to – pięć lat temu widział, by jakaś gra na PlayStation 2 mogła się ukazać u nas w polskiej wersji językowej. Dobre sobie, chciałoby się rzec… Rzeczywistość potrafi niekiedy jednak całkiem mile zaskoczyć. Zmierzch popularnej „czarnulki” oraz dynamiczna ekspansja nowej generacji konsol, przyniosły długo oczekiwaną rewolucję. Rewolucję, która nie pozostała bez odzewu, także i w naszym pięknym kraju.
Przyznam się. Jestem kolekcjonerem. Lubię kupować gry, które ładnie wyglądają na półce. Zdarza się, że kupuję gry, które długo czekają na to bym w nie zagrał. Zgromadziłem już całkiem niezłą kolekcję, lecz powoli zauważam, że moje hobby zaczyna mnie coraz więcej kosztować. Nie wiem czy to sprawka kryzysu czy też słabej złotówki, lecz ceny gier rosną. Pamiętam czasy, kiedy gry kosztowały fortunę a piractwo było czymś normalnym. Bardzo cieszyłem się, gdy staniały do poziomu dostępnego przeciętnemu Kowalskiemu. Chyba nie było mi dane długo cieszyć się tym faktem, bowiem przechadzając się po sklepach dostrzegam odwrotny trend. Ceny gier rosną! A nie każdemu chce się płacić 139 złotych za grę. Na szczęście jest wyjście z tej sytuacji. Tanie serie.
Od kilku lat w świecie gier komputerowych panuje przeogromna moda na implementowanie do silników graficznych wszelkiego rodzaju wspomagaczy mających na celu jak najbardziej rzeczywiste odwzorowanie efektów świetlnych, czyli rozbłysków, odblasków, odbić promieni, rozmycia i wszelkiego podobnego ustrojstwa, które ma niby wielkie znaczenie, bo przecież w rzeczywistości z takim czymś się spotykamy na co dzień. Czy aby na pewno?
Jakże ten czas leci. Zdawać by się mogło, że jeszcze niedawno oblewaliśmy nowy, 2008 rok, a tutaj już kolejny krzyżyk na karku. Ale, ale, nie popadajmy w zbytnią melancholię. Z perspektywy gracza, trudno zaprzeczyć, iż był to rok dla branży bardzo udany. Światło dzienne ujrzało wiele naprawdę fantastycznych produkcji, z kapitalną Mass Effect (moją cichą faworytką do miana gry roku), czwartą odsłoną cyklu Grand Theft Auto czy równie udaną Dead Space na czele. A to przecież zaledwie wisienka na smakowitym, ociekającym grywalnością torcie, którym przez ostatnie dwanaście miesięcy karmili nas producenci. Najlepsze w tym wszystkim jest jednak to, że nadchodzący rok maluje się w równie dobrych, jeśli nie lepszych barwach. Na co więc warto czekać? Na to pytanie postanowiliśmy odpowiedzieć w niniejszym artykule. Specjalnie dla Was przygotowaliśmy zestawienie 10 najgorętszych tytułów, które z pewnością zatrząsną rynkiem elektronicznej rozrywki w nadchodzącym Anno Domini 2009. Oczywiście, jak każde tego typu zestawienie i to jest mocno subiektywne, dlatego też zachęcamy Was do typowania w komentarzach swoich własnych propozycji. Aha, kolejność z jaką prezentowane są gry, jest czysto losowa. Skoro już wszystko sobie wyjaśniliśmy, nie pozostaje nam nic innego, jak zaprosić Was do lektury.
Mamy już XXI wiek i osoby chcące kupić sobie grę nie musza już chodzić po sklepach. Wraz z rozwojem Internetu pojawiły się nowe kanały sprzedaży. Nie chodzi mi o kupowanie w sklepie internetowym pudełkowych wersji gier lecz o dystrybucję cyfrową. Aby z niej skorzystać potrzebna jest karta kredytowa (rzecz coraz bardziej powszechna w Polsce), połączenie z Internetem i odwrotnie proporcjonalna do przepustowości łącza cierpliwość (bo pobieranie gry może trochę potrwać). Ta forma sprzedaży zyskuje ostatnio na świecie coraz większa popularność i jeśli chodzi o PC jest zaprzeczeniem teorii o upadku tej platformy. Uwalniamy się od pudełek i kruchych płyt CD/DVD i pobieramy grę z każdego miejsca na świecie. Zatem gdzie wybrać się na zakupy? Zapraszam na krótki przegląd najważniejszych platform.
Halloween – to taki tandetny odpowiednik święta zmarłych w czasie którego ludzie robią wiele dziwnych rzeczy: dłubią w dyniach (jakby nosa im było mało), przebierają się za duchy i chodzą po domach prosząc o cukierki… Nie śmiejcie się. My też to robimy. W związku z powszechną amerykanizacją… nie, nie będziemy dłubać w dyni. Ani tym bardziej w nosie. Przygotowaliśmy za to artykuł poświęcony wirtualnym horrorom – przegląd tego co nas straszyło, straszy i wystraszy już wkrótce.
Największymi dorobkami ludzkości są zapewne cywilizacja i kultura, które w obecnych czasach współdziałają ze sobą na wielu przeróżnych płaszczyznach naszego życia, oraz w naszym otoczeniu zyskując niemal to samo znaczenie. Jesteśmy cywilizacją kulturalną – nasz dobytek rozwojowy sięga tysiące lat wstecz. Jak mawiano w średniowieczu „jesteśmy karłami stojącymi na ramionach olbrzymów i przez to widzimy więcej, sięgamy wyżej”. Co miało największy wpływ na to, kim jesteśmy dziś, oraz co chcemy zrobić w przyszłości? Spróbuje dziś odpowiedzieć na te pytania.
Przedstawiamy nowy cykl, w którym będziemy się zastanawiać nad przyszłością niektórych wybranych gier. Nie będą to zwyczajne gry, lecz takie, które wzbudzają żywe zainteresowanie graczy. Na pierwszy ogień poszła polska produkcja oparta na prozie Sapkowskiego – Wiedźmin.
Wraz z mijającym czasem, co niektórzy zaczynają zastanawiać się czy ich komputer udźwignie nowy system operacyjny Microsoftu. Takie czasy, że wydajność komputera nie wyznacza się tym jak komfortowo można pograć na nim w najnowsze gry, lecz tym czy będzie działać na nim nowy Windows. Co nam da nowy system, który jeszcze w tym roku trafi do odbiorców biznesowych a na początku przyszłego do szarego użytkownika?
Mały Krzysiu… czy zawodowy morderca? Etyczny aspekt gier.
Postanowiłem napisać ten krótki tekst, będąc pod wpływem czwartkowej edycji programu “UWAGA”, emitowanego przez stację TVN, którego tematem przewodnim była myśl – jak bardzo brutalność gier komputerowych wpływa na osobowość dzieci, młodzieży…
Ostatnie miesiące wyjątkowo wyraziście ukazały desperację Sony w obliczu doskonale zorganizowanego logistycznie i marketingowo Microsoftu. Doszło nawet do tego, że podczas trwania targów E3 w Mieście Aniołów licznie odwiedzający tę imprezę gracze zostali najzwyczajniej w świecie oszukani przez koncern z Kraju Kwitnącej Wiśni. Czy serii licznych kontrowersji, przekrętów i pasm „niedomówień” ze strony Sony doczekamy kiedyś końca?