» joszko | wtorek, 30-6-2009 1:24 |
|

Macie dosyć shooterów osadzonych w realiach II Wojny Światowej? Nudzą was serie Call of Duty, Medal of Honor, Brothers in Arms, itd.? Niektórzy twierdzą, że wszystko już było i nic nowego nie zobaczymy. Osobiście też mi się zdarza tak myśleć, zwłaszcza, gdy gram w kolejny remake jakiegoś klasyka. Swoją drogą czy nie sądzicie, że to jest jakaś plaga? Tak czy inaczej wielkim tej branży nie opłaca się ryzykować. Wolą zafundować nam odgrzany kotlet, który się sprzeda niż wymyślić coś nowego, z czym wiąże się pewne ryzyko. Wtedy na scenę wkraczają niezależni twórcy, którzy nie mają nic do stracenia. Tacy jak ACE Team z grą Zeno Clash. Bez wątpienia jest to gra oryginalna. Jednak czy sama oryginalność wystarczy by odnieść sukces?
Zeno Clash to jedna z bardziej intrygujących gier, w jaką miałem przyjemność zagrać. Osadzona jest w dziwnym świecie zwącym się Zenozoik, którego scenerie wyglądają, jak Neverhood dla dorosłych. Dziwne budynki, dziwne krajobrazy, jeszcze dziwniejsza flora i fauna je zamieszkująca. Jestem pod wrażeniem kreatywności osób odpowiedzialnych za stworzenie tego świata. Naprawdę. Ale po kolei…
W grze wcielamy się w niejakiego Ghata w nieciekawym momencie jego życia. Właśnie zabił swojego ojca. I matkę. A w zasadzie to obu na raz a dokładnie to Ojczymatkę, dziwną kreaturę będącą hermafrodytą. Rodzica setek braci i sióstr Ghata. Jak się zapewne domyślacie tym setkom nie spodobało się to, co zrobił ich brat. Nasz bohater ucieka a wraz z nim Deadra ciekawa powodów jego akcji. Ten opowiada jej swoją historię a gra składa się z retrospekcji przemieszanych ze scenami z ucieczki. A jest przed czym uciekać. Nie dość, że ściga Ghata jego rodzeństwo to jeszcze rodzinka wynajęła ludzi od brudnej roboty by go znaleźli i zabili. Jakby tego było mało przyjdzie się zmagać również z mieszkańcami pustkowia, Korwidami, którzy mają dość pokręcona naturę oraz nieprzyjaznymi okolicznościami przyrody. Tak, więc osoby, które nie będą chciały by ich pięść spotkała się z nosem naszego bohatera będą rzadkością. Ogólnie rzecz biorąc fabuła wydaje się być zakręcona i pozostawia wiele niedomówień. Kończy się również zanim zdąży się tak na naprawdę rozpocząć, więc jeśli będziecie drapać się po głowie zastanawiając się, o co chodziło to będzie to stan normalny. Najwidoczniej historia opowiedziana w grze to tylko rozgrzewka przed czymś większym.
Czas rozpocząć narzekanie. Nie będę owijał w bawełnę. Gra jest krótka. Strasznie krótka. Przejście całości zajmuje około 4-5 godzin. Na osłodę dostajemy tryb Wyzwania, który sprowadza się do walk w wieży na arenach z różnymi zestawami przeciwników. Po każdej wygranej przenosimy się na poziom wyżej i tak aż do szczytu wieży. Nie sądzę jednak by ten tryb stał się ulubioną rozgrywką mas. Możemy porównywać wyniki z tymi osiągniętymi przez naszych znajomych ze Steam i to wszystko. Brakuje opcji gry po sieci, bowiem raczej niewielu będzie chciało wrócić do gry po jej ukończeniu. Druga sprawą jest mała różnorodność przeciwników. Podobno Ghat ma setki rodzeństwa jednak spotykamy tylko kilku z nich, i to wielokrotnie. Podobnie sprawa ma się z różnego rodzaju szumowinami, Korwidami i lokalną fauną. Naprawdę, mogliby się bardziej wysilić. Mimo to nie da się ukryć, że są to nieszablonowe postacie. Podobnie niekonwencjonalne jest uzbrojenie. Oprócz maczug i młotów będą pistolety strzelające chyba gwoździami, strzelba, kusza i coś w rodzaju granatnika. Nie będziemy się musieli przejmować amunicją, bowiem nasz bohater jakimś zbiegiem okoliczności stał się posiadaczem nieograniczonej ilości naboi.
Jednakże broń przyda się tak naprawdę jedynie, gdy będziemy walczyć z atakującymi nas zwierzakami lub gdy przeciwnicy będą jeszcze daleko. Esencją jest walka w zwarciu, gdzie główną rolę Graja pięści, łokcie i kolana. Mechanika walki jest diabelnie prosta. Widoczne są również inspiracje grami w stylu Street Fighter czy też Mortal Kombat. Każda większa potyczka poprzedzana jest ekranem pokazującym uczestników walki w stylu znanym z mordobić. Co ciekawe, mimo że wspomniana już mechanika jest prosta na i każdy jest w stanie ją sobie przyswoić, to walki są wciągające, mimo powtarzalności. Trzeba przyznać, gra ma to coś co przyciąga przed monitor. By utrudnić (albo sztucznie wydłużyć rozgrywkę) grę jej twórcy zdecydowali, że prawie nigdy nie prowadzimy pojedynków 1 na 1. Z reguły jest kilku przeciwników a my jesteśmy sami, bo, mimo że świat gry przemierzać będziemy w towarzystwie to nie będzie ono nam pomagać w grze. Tak, więc przygotujcie się na walki z trzema, czterema przeciwnikami z pojawiającymi się często dodatkowymi wrogami. Co jakiś czas trafią się wrogowie, do których nie przemówi pięść ani broń „palna”. Oni wymagają specjalnego traktowania przy pomocy broni obuchowej.
Gra działa na silniku Source, który szczerze powiedziawszy nie generuje już najładniejszej grafiki na rynku. Z drugiej strony, jeśli wasz sprzęt udźwignął Half-Life 2 to z Zeno Clash nie będziecie mieli problemów. Zwłaszcza, że mapy są małe i zbudowane tak, że nie będzie potrzeby rozglądania się za bardzo na boki. Twórcy gry próbują nadrobić to oryginalnością scenerii (w czasie pisania tej recenzji zerkam, co chwilę do słownika synonimów by nie nadużywać słowa „oryginalny”). Czasem zdarzało mi się, że chciałem zajrzeć w miejsca, które wydawały się być niedaleko, lecz gra mi na to nie pozwalała.
Podsumowując. Za 12 euro (gra nie jest dostępna w Polsce w formie pudełkowej, natomiast cena na platformach dystrybucji cyfrowej jest systematycznie obniżana) otrzymujemy grę ciekawą, chodź krótką. Czyli daje nam to około 54 złotych za nieco ponad cztery godziny rozrywki. Dobrze, że przynajmniej ukazują się jakieś dodatkowe treści do gry. Nie zrozumcie mnie źle. Gra jest wciągająca, jest to jedna z niewielu gier, które nie znudziły mnie po kilku etapach i nie musiałem jej odstawić na chwilę. Posiada ciekawy, sugestywny świat i chciałoby się, by został bardziej rozwinięty. Tak, więc grało się ciekawie, ale znam lepsze rozrywki za 54 zł. Wygląda to tak jakbyśmy mieli do czynienia jedynie z pokazówką. Wersją demo pokazującą możliwości ACE Team. No i udało im się. Mam tylko nadzieję, że sequel, który już powstaje będzie większy, dłuższy i ciekawszy.
Marcin „joszko” Brzeski
Powiązane:












