» SerafiN | środa, 29-4-2009 20:37

logo.jpg

Zasiadając przy pierwszej pecetowej odsłonie Burnouta miałem za sobą pewien bagaż doświadczeń z serii szalonych ścigałek. Zdarzyło mi się już bowiem katować na wysłużonym dziś PlayStation 2 drugą odsłonę serii oznaczoną, jeżeli mnie pamięć nie myli, podtytułem Point of Impact. Już wtedy było wiadomo, że gra stanie się flagowym tytułem manifestacji przeciw staniu w korkach, bądź zatrzymywaniu się na żądanie nadgorliwej policji. Dziś jednak, dobre pięć lat po tamtych wydarzeniach, zasiąść możemy do gry przed naszymi monitorami i zagłębić się w szalone wyścigi po ulicach (acz nie tylko) Paradise City. I już na wstępie powiem, bo nie ma co tego odwlekać – Burnout Paradise to najszybsza gra na pecety od czasów Mega Racer’a!

Zacznijmy może od tego, czym różni się recenzowana tutaj wersja z podtytułem „Ultrimate Box”, od „zwykłego” Paradise wydanego na konsolach w styczniu zeszłego roku (czyli, jakby na to nie patrzeć – kawał czasu temu). Otóż w wersji UB gracze pecetowi dostali całą garść łatek i dodatków do gry, za które konsolowy musieli trochę zapłacić. Mowa tu przede wszystkim o dodaniu do gry motocykli, chociaż liczba czterech motorów, przy ponad siedemdziesięciu maszynach czterokołowych to jednak liczba dość skromna. Niemniej jednak warto ten fakt odnotować. Szkoda tylko, że już za wszystkie większe dodatki do gry, które Criterion wydał (i będzie wydawał jeszcze przez co najmniej kilkanaście miesięcy) trzeba będzie uiszczać opłaty. Nie wysokie, co prawda, ale jednak. Nie trzeba się jednak martwić na zapas, wszak to, co dostajemy na zapełnionej ledwo do połowy jednej płycie DVD to wystarczająco dużo, by spędzić przy grze długie godziny i nie narzekać na nudę. Gotowi więc, by wyjechać na miasto? Jazda!

Zaraz po odpaleniu gry wita nas okno logowania do serwera gry, dzięki czemu możemy rozpocząć rozgrywkę z innymi graczami, bądź dodawać swoje wyniki na bieżąco do ogólnoświatowej bazy i patrzeć, jak dużo brakuje nam jeszcze do najlepszych rajdowców świata. Jeżeli jednak masz bardzo wolny Internet, bądź po prostu nie lubisz wkręcać się w rozgrywkę wieloosobową to mam dla Ciebie dobrą nowinę – nie musisz wcale zakładać konta. Gra bowiem automatycznie utworzy konto offline, na którym będziesz mógł grać nie tracąc niemal niczego. Programik do pobierania dodatków nie stanowi bowiem integralnej części z grą i nie obchodzi go, czy konto w sieci masz, czy nie. Co więcej – możesz nie pobierać niczego, żadnych dodatków, czy łatek i najzwyczajniej w świecie grać. I brawo za takie podejście – grając w GTA IV nieprzemyślanie rozwiązania z kontami i pobieraniami potrafiły doprowadzić do szewskiej pasji.

Później wszystko idzie już szybko. Śmiałbym nawet powiedzieć, że za szybko, ale jeżeli przypomnimy sobie, że to gra stricte konsolowa i jako takiej, należy jej kilka rzeczy wybaczyć a na kilka spojrzeć z zupełnie innej strony, przestaniemy zauważać, że coś jest nie tak. Pierwsze chwile w mieście Paradise to bowiem całkowita dezorientacja i poczucie bezcelowości. Dostajemy samochód na złomowisku, tymczasowe prawo jazdy i… to wszystko. Nie ma żadnego celu, żadnej fabuły, żadnych zasad. Szybko jednak okazuje się, że w tym szaleństwie jest metoda z cel gry odkrywamy już przy pierwszym wyścigu. A jest nim czerpanie z gry przyjemności całymi garściami i utrzymywanie banana na ryju przez długie godziny rozgrywki. Przyjemność w czystej postaci! Naszym jedynym przewodnikiem w grze jest radiowy głos za którym skrywa się niejaki DJ Atomika. To od niego dowiemy się co robić, by zdobyć w mieście sławę i rozgłos, oraz właśnie on wytłumaczy nam aspekty techniczne gry – od tego, jak rozpocząć wyścig i jak go wygrać aż do informacji dotyczących wszelkiej maści bonusów.

Cały system wyścigów został tak sprytnie przygotowany, żeby jak najwięcej czasu spędzić za kółkiem, zaś w menu gry spędzać go możliwie jak najmniej. Chcesz wziąć udział w wyścigu? Podjedź na jedno ze skrzyżowań i zacznij palić gumy – wyścig zostanie rozpoczęty niebawem. Musisz naprawić wóz? Przejedź nim przez stacje naprawy – w sekundę i całkowicie nieodpłatnie twój samochód znów będzie jak nowy! A jeżeli znudzi Ci się twój samochód po prostu wjedź na złomowisko, wybierz z listy nowy wózek i znów możesz bujać się ulicami Paradise. Wszystko jest tak proste, że aż trudno teraz wyobrazić sobie grę, w której mogłoby być inaczej. Jak już wspomniałem – wszelkiego rodzaju wyzwania znajdują się na każdym skrzyżowaniu w Paradise. Oznaczone różnokolorowymi kropkami symbolizują typ wyzwania, jakiemu musimy podołać. W przypadku gry samochodami jest ich pięć. Motory mają jedynie dwa rodzaje wyścigów, które niemal niczym się nie różnią. Przejdźmy więc do meritum, czyli tego, na czym spędzimy najwięcej czasu. Konkurencje, w jakich przyjdzie nam przetestować nasze wozy to standardowy Wyścig, całkowicie Burnoutowy Pirat, szalony tryb Akrobacje, równie szybki co niebezpieczny Ścigany, oraz, poniekąd bonusowy, Piekielna Trasa. O co w nich chodzi? Służę wyjaśnieniem.

Wyścig – jak sama nazwa wskazuje polega na ściganiu się z innymi zawodnikami z punktu A do punktu B. Cel? Dojechać przed przeciwnikiem. Jednym słowem – standard w tego typu grach i nie mogło go zabraknąć.
Pirat – chyba najfajniejsza konkurencja w całej grze. Zadanie jest banalnie proste – rozwalić jak najwięcej wózków biorących udział w rozwałce na terenie całego miasta. Każde uziemienie (Takedown) to punkt dla nas. Cel ilości uziemień podawany jest przed każdym wyścigiem w trybie Pirat. Wrażeń nie da się po prostu opisać!
Akrobacje – kręć bączki, driftuj, używaj dopalacza, skacz, rozwalaj billboardy oraz inne samochody, by wytworzyć jak największe combo, które pomnoży uzyskane za akrobacje punkty. Dla fanów gier z Tonym Hawkiem.
Ścigany – coś na kształt wyścigu, z tym, że jedynym celem twoich oponentów jest rozwalenie cię na każdym możliwym zakręcie, czy murku. Twoim zaś celem jest nie dać się uziemić i dojechać do mety.
Piekielna Trasa – większość z samochodów jakimi jeździmy ma w mieście wyznaczone tak zwane Piekielne Trasy. Wystarczy przejechać ją w wyznaczonym czasie, by zyskać dostęp do nowej fury – ulepszonej wersji maszyny, którą Piekielną Trasę pokonaliśmy. Warto więc brać w niej udział, zwłaszcza najlepszymi maszynami.

Każdy z tych wyścigów odejmuje nam także punkty z licznika na prawach jazdy. Każdy z nich odmierza ilość potrzebnych zwycięstw do awansu na kolejną kategorię, co wiąże się z trudniejszymi wyzwaniami, czy bardziej wzmożonym ruchem ulicznym. Jest więc trudniej. Zwycięstwa jednak odblokowują nowe samochody, którymi będziemy mogli jeździć. Zanim to jednak nastąpi należy takową furę znaleźć na mieście a następnie rozbić. Wtedy trafia ona na nasze złomowisku, już jako nasza. Szaleństwo w czystej formie. Miód aż wylewa się z ekranu. Jeżeli taka doza szaleństwa was jeszcze nie przekonuje to dodajmy, że w Paradise nie istnieje coś takiego, jak policja drogowa, czy… prędkościomierze. Samochody zaś, mają nieskończoną pojemność baków a na stacjach benzynowych możemy zatankować… nitro.

Oprócz samych samochodów i wyścigów jednym z głównych elementów gry jest także miasto – jego wielkość, oraz konstrukcja. Paradise City nie jest największym miastem w historii gier komputerowych, ale jest na tyle duże, by poznanie go, przynajmniej oględnie, może zająć wprawionym w jeździe graczom nawet z pięć godzin. Poznanie większości dróg i głównych skrótów to zadanie na kolejne kilka godzin, zaś odkrycie wszystkich możliwych skrótów, ramp, skoczni i ukrytych przejazdów to zabawa na całe tygodnie. Miasto Paradise jest tak bowiem skonstruowane by sprzyjać wszystkim możliwym karkołomnym wyczynom, szybkiej jeździe, oraz efektownym zniszczeniom, ale z drugiej strony nie ułatwiać graczom zadania, jakie stawiają przed nim kolejne wyzwania. Paradise City – jak zresztą wskazuje nazwa – istotnie jest rajem. Dla, o tyle zapalonych, co szalonych maniaków wyścigów samochodowych i bezkompromisowej zabawy. Brawa dla projektantów całkowicie uzasadnione.

Kolejnym aspektem wyróżniającym grę spośród innych tego typu to oprawa audiowizualna, oraz model zniszczeń zaimplementowany do najnowszego Burnouta. Sama gra wygląda bardzo dobrze – do modeli samochodów nie można mieć zastrzeżeń, tekstury miasta w większości przypadków są ostre a cykl dobowy wygląda wręcz ślicznie i na bieżąco zmienia klimat w mieście przy okazji racząc gracza takimi graficznymi pięknościami, jak wschody, czy zachody słońca. Ślicznie! Muzyka, jaką wybrano do ścieżki dźwiękowej to także klasa sama w sobie. Niech świadczy o tym fakt wybrania na flagowy utwór kawałek Gunsesów – Paradise City, który pasuje do gry nie tylko z nazwy. Reszta utworów także trzyma poziom – jest to mieszanka rocka, punku, ale też techno i… muzyki klasycznej. W grze usłyszymy też nagrania znane fanom poprzednich części. Jest wybornie.

System zniszczeń zasługuje zaś na osobny akapit, gdyż tak dopracowanego modelu rozbijania wózków jeszcze w grach komputerowych nie widziałem. Był, co prawda, ładny system zaimplementowany do CMR: DiRT, czy bardzo wierny rzeczywistości znany z GRID’a, ale to, co dane nam jest zobaczyć w Burnout: Paradise przechodzi całkowicie ludzkie pojęcie. Samochody po silnym uderzeniu składają się w harmonijkę, jak przy testach zderzeniowych NCAP, zaś niewielkie uderzenia zostawiają na samochodzie mniejsze, bądź większe ślady – rysy, wgniecenia, czy urwane elementy. Co prawda Burnout jest tytułem czysto arcade’owym i o urwanie koła, czy całej osi trzeba się naprawdę postarać, to jednak graficzny rozmach jaki temu towarzyszy jest wręcz nie do opisania. Żadne screeny, czy filmy w niskiej rozdzielczości nie oddadzą tego, co sami możemy doświadczyć.

A jak na to wszystko nasz sprzęt (mowa o komputerowym, oczywiście :P)? Ten, o dziwo, dźwiga nawet wysokie detale i przy standardowych rozdzielczościach generuje płynny obraz. Wszystko działa stabilnie i równo. O zwolnieniach w grze, czy wyjściach do pulpitu posiadacze nawet trzyletnich komputerów nie muszą się obawiać. Do płynnej gry przy średnich ustawieniach wystarczy dwurdzeniowy procesor o mocy 2,2 GHz przy wsparciu 1GB RAM i karty graficznej nie gorszej od GeForce’a 7300. To dużo? Nie! I za to też należą się twórcom brawa.

Pora na podsumowanie – Burnout Paradise to obecnie najszybsza i najbardziej szalona gra, jaką możemy nabyć na nasze blaszaki. Zawrotna prędkość, efektowne kraksy, duże miasto, arcade’owe podejście do tematu i przepiękna grafika sprawiają, że adrenalina pompowana jest do organizmu w ogromnych ilościach. Polecam wszystkim! Bez wyjątku!

Info:

Gatunek: Wyścigi
Oficjalna strona gry: http://burnout.ea.com/
Producent: Criterion games
Wydawca: EA
Wydawca PL: EA Polska
Cena: 139,90zł




Wymagania:
Procesor: dwurdzeniowy 2GHz
Pamięć: 1GB RAM
Karta grafiki: 128 MB
Napęd: DVD
Miejsca na HDD: 3,5GB
System operacyjny: Windows XP/Vista

Składam podziękowania za współpracę firmie EA Polska

Bartłomiej „SerafiN” Sieja

Powiązane:

  1. Pobierz demo Burnout Paradise The Ultimate Box!
  2. Burnout Paradise™ The Ultimate Box – premiera 6 lutego!
  3. Przedstawiamy Burnout™ Paradise The Ultimate Box
  4. Dwuślady w Burnout Paradise już w sierpniu
  5. Nie będzie więcej dodatków do Burnout Paradise



« »

Zostaw komentarz