» joszko | piątek, 20-3-2009 2:08 |
|

Biorąc pod uwagę ilość gier osadzonych w realiach II Wojny Światowej można dojść do wniosku, że nic ciekawszego się w historii ludzkości nie wydarzyło. Mamy od czasu do czasu odskocznie w postaci wyprawy do starożytnej Grecji czy też Rzymu, lecz potem znów powracamy w ten ponury okres. Wojna ta maglowana jest tyle razy, że ciężko jest nas czymś zaskoczyć. Wyzwania tego podjęło się studio Best Way, które spłodziło już Soldiers i Faces of War a teraz chce nas zaciekawić swoją nową produkcją – Men of War.
Deszcze niespokojne…
Jak przystało na tego typu produkcję mamy do dyspozycji trzy strony konfliktu i trzy kampanie. Tak, więc można zagrać, jako Rosjanie (w kampanii „The Road to Victory”) i rozpocząć grę na wschodzie Europy, kiedy to napór niemiecki słabnie i rozpoczyna się kontrofensywa. Jako Niemcy (w kampanii „Blazing Lands”) zaczniemy od operacji Merkury, czyli lądowania na Krecie w 1941 roku. Natomiast Alianci (w kampanii „Fox Hunt”) to przede wszystkim zmagania w piaskach Afryki Północnej. Na dobry początek, operacja Torch z 1942 roku. Najbardziej dopracowana wydaje się być część, w której kierujemy sąsiadami zza wschodniej granicy (grę stworzyli Rosjanie, więc to w zasadzie zrozumiałe). Opowiada ona historię dwóch przyjaciół ze studiów, których zawierucha wojenna rzuciła na front. Tylko ta kampania pozwala na obejrzenie specjalnego filmu po jej zakończeniu.
Wszystko byłoby pięknie gdyby nie fakt, że poszczególne kampanie to tak na prawdę dodatki do Faces of War, które ukazały się bodajże jedynie na wschodzie. Wydawca postanowił najwidoczniej połączyć je w jedną całość i sprzedać, jako zupełnie nowa grę. Tłumaczy to podobieństwo w nazwie oraz oprawę audiowizualną gry. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że zawartość gry obroni się sama.
War, war never changes…
To, co oferuje nam Men of War to połączenie gry RPG, składanki w stylu Commandos oraz strategii. Z pierwszego gatunku otrzymujemy możliwość zarządzania ekwipunkiem. A ten znajdziemy przy ciałach pokonanych wrogów oraz w niektórych misjach w skrzyniach zrzucanych na spadochronach. Ignorując to szybko okaże się, że nie jesteśmy w stanie wykonać misji. Czy to z powodu braku amunicji czy też braku odpowiedniego sprzętu. Jako, że nie ma tutaj możliwości produkcji nowych jednostek a wsparcie dociera do nas w tempie krwi cieknącej z nosa, to każdy żołnierz jest na wagę złota. A stracić jest ich bardzo łatwo. Jeśli chodzi o Commandos to przyjdzie nie raz wykonywać nam misje, w których dysponujemy jedynie malutkim oddziałem. Wtedy liczy się bardzo znane z Commandos pole widzenia jednostek. Każda jednostka ma martwy punkt, który umożliwia podejście na tyle blisko by można byłoby oddać celny strzał lub rzucić granat. Innym znamiennym elementem jest przenoszenie ciał tak by nie zostały odnalezione przez patrole wroga. Elementy strategii to oprócz ogólnie znanych prawd, takich jak „nie atakuj od frontu”, to również umiejętne zarządzanie odziałem tak by być gotowym na każda niespodziankę. Tych, jak to w życiu, nie brakuje. W przeciwieństwie do Faces of War nie widzimy całej mapy. Często też, gdy myślimy, że to już koniec, nagle okazuje się, że mapa powiększa się i naszym oczom ukazuje się kolejny cel. Misje są dość długie lecz taki podział na cele sprawia, że przykuwają naszą uwagę.
Co ciekawe mamy również możliwość przejęcia bezpośredniej kontroli nad jedną ze swoich jednostek. Idealnie sprawdza się to w przypadku broni pancernej. Stając za sterami czołgu mamy możliwość posłania pocisku dokładnie tam gdzie chcieliśmy. Nic nie zwiększa poziomu adrenaliny we krwi jak walka jeden na jednego z wrogim czołgiem. Zwłaszcza wtedy, gdy po oddaniu ostatniego, śmiertelnego strzału naszym ledwo zipiącym pojazdem, na pole bitwy wtacza się kolejny przeciwnik. W przypadku piechoty przejęcie kontroli to raczej opcja, z której nie będziemy korzystać zbyt często. Z jednego prostego powodu. Zanim obrócimy się i wycelujemy minie tyle czasu, że nasz żołnierz zdąży zostać zabitym kilka razy.
Graficzne deja vu…
Jak już napisałem wcześniej Men of War to tak na prawdę Faces of War 1.5. Gra działa na tym samym silniku i to widać. Z daleka wszystko wygląda dobrze, lecz cały czar pryska, gdy przybliżamy kamerę. Szczególnie tragicznie przedstawiają się cutscenki wykonane na takim silniku. Jednostki, które całkiem nieźle przedstawiają się z pewnej odległości w zaaranżowanych scenkach wyglądają, jakbyśmy cofnęli się o kilka lat wstecz. Żołnierze wyglądają jak lalki a oczom naszym czasem ukaże się niewidziana od dawna choroba – „pikseloza”. Nie oznacza to jednak, że niczego nie poprawiono. Pięknie prezentują się areny naszych walk (jak na tak niskie wymagania sprzętowe). Dodatkowo wszystko na około można niszczyć tak, że nie pozostanie nawet kamień na kamieniu. Pod tym względem Men of War jest bezkonkurencyjne.
Do strony dźwiękowej mam tylko jedno zastrzeżenie. Osoby podkładające głosy, mówią z takim akcentem, że czasem ciężko zrozumieć, o co chodzi. A rosyjski akcent brzmi tak samo jak niemiecki. Do całej reszty nie mam zastrzeżeń. Aż uszy więdną.
Realizm do kwadratu
Misji w Men of War znajdziemy w sumie 19. Skonstruowane są one tak, że przejście każdej powinno zająć około godziny. No właśnie… powinno. Ciężko jednak tego dokonać przy tak wyśrubowanym poziomie trudności. Zalecam granie na niskim poziomie trudności, chyba, że lubicie oglądać jak wasze oddziały są masakrowane. To nie jest gra, w której rzucamy na przeciwnika hordy jednostek. Tutaj mamy mały odział, w którym każdy jego członek jest na wagę złota i każdego można stracić po kilku celnych strzałach. Tak, więc zapomnijcie o ataku frontowym, wymażcie to pojęcie z waszych słowników. Tutaj warto atakować z flanki, z zaskoczenia a najlepiej od tyłu. Inaczej podobnie jak ja odkryjecie, ze wasz słownik przekleństw jest zaskakująco ubogi by opisać to, co właśnie wydarzyło się na ekranie monitora. Zdecydowanie nie jest to gra dla niedzielnych graczy, których doświadczenie z tym gatunkiem kończy się na StarCraft. W porównaniu do Faces of War poprzeczka została podniesiona bardzo wysoko. Zawsze jesteśmy tym słabszym. Nie ważne czy powstrzymujemy natarcie wroga czy też prześlizgujemy się przez jego bazę. Zawsze to on ma przewagę liczebną.
Dobrze, że sztuczna inteligencja nie utrudnia nam zbytnio rozgrywki. Żołnierze padną na ziemię, gdy znajdą się pod ostrzałem, rzucą granat gry spotkają czołg a nawet użyją apteczki, gdy maja ku temu sposobność. Mimo wszystko jednak rzucają się na wroga za każdym razem, gdy im to rozkażemy. Dobrze sprawuje się system ukrywania za przeszkodami. Jednostki nie trzymają się sztywnych formacji, lecz dostosowują się do zastanej sytuacji. Gdy przeniesiemy kursor nad miejsce, w którym chcemy by się znalazły dowiemy się jak będzie stał każdy z żołnierzy, gdy już tam dotrą. Przydaje się to, gdy chcemy być pewni, że znajdą się dokładnie tam gdzie powinni. Niestety dotarcie na miejsce często oznacza wybranie przez nich najdziwniejszej drogi z możliwych.
Podsumowując Men of War nie jest grą dla każdego. Konieczność zarządzania ekwipunkiem każdego żołnierza oraz kilka błędów może zniechęcić. Jeśli jednak urodziłeś się z wiedzą taktyczną w jednym palcu i do tego jesteś cierpliwy to pokonanie kolejnych etapów może sprawić ci wiele radości. Zwłaszcza, że fabuła gry jest tak skonstruowana, że aż się chce sprawdzić, co będzie dalej.

Składam podziękowania za współpracę firmie Cenega Poland
Marcin „joszko” Brzeski
Powiązane:
- Men of War! Gdy przeszłość staje się teraźniejszością…
- Weekendowa promocja na Steam: Men of War, Velvet Assassin i X3: Terran Conflict
- Zostań dowódcą w najnowszym demie Men of War! Poczuj smak kampanii wojennej!
- Men of War: Karmazynowy Przypływ w planie wydawniczym Cenega!
- Świat gra w Men of War! Rewelacyjne recenzje w światowych mediach!












