» SerafiN | wtorek, 17-3-2009 3:13 |
|

O tym, iż cały rynek gier wideo rozpoczął już swój nieubłagany marsz w kierunku konsol, wiemy nie od dziś. Komputery osobiste stają się powoli, w przypadku dawania rozrywki, archaicznymi maszynkami, które zdają się nie mieć przyszłości. Doszliśmy już do momentów, w którym więcej gier pokazuje się na konsole, niż na PeCety. Co więcej – największe hity, jakie dane nam jest oglądać na monitorach naszych komputerów to zwykłe konwersje z konsolowych wydań. I w tych czasach rolę swoistej jaskółki, która w sposób niezwykle dobitny pokazała nam cały system jest właśnie omawiana dziś gra – Grand Theft Auto IV, która u boku Gears of War i Lost Planet zawładnęły posiadaczami Xbox’ów, by po pewnym czasie ruszyć z krucjatą przeciw ciemnym masom komputerowych graczy.
W przypadku GTA IV od wydania wersji konsolowej musieliśmy poczekać jeszcze rok, by móc ujrzeć ikonę „IV” na naszym pulpicie. W tym czasie cała konsolowa brać zagrywała się w najnowsze przygody Nico, a my patrzyliśmy na to, jak wygłodniałe dzieci na wystawę w sklepie cukierniczym. Ale przyszedł i moment dla nas – czwarta odsłona Grand Theft Auto zapukała na sklepowe półki z grami przeznaczonymi na komputery osobiste. Od razu wywołując kontrowersje i oburzenie, gdyż przyznać trzeba, że pierwsze wrażenie po kontakcie z tym produktem jest całkowicie negatywne.
Tym, co doprowadzało ludzi do białej gorączki i szaleństwa, był już sam proces instalacji gry. Przyznam się szczerze, że była to pierwsza gra, której proces instalacyjny zajął mi dobre kilka godzin. Kilka godzin pełne rwania włosów, siarczystych przekleństw i przeinstalowywania wszystkiego, co się da, łącznie z samą grą (co już zajęło masę czasu). Wszystko to przez to, że jacyś growi magnaci z Microsoftu, czy innego Królestwa Bezrozumnych Postaci doszli do wniosku, że to gracz powinien dostosować środowisko systemu do gry a nie odwrotnie. Tak właśnie zaczyna się udręka. I wcale nie pomaga fakt, że instalacja włącza się w jakimś dziwnym języku, do którego mój system nie miał nawet przygotowanej czcionki i poległ już na starcie wyświetlając mi wszędzie prostokąciki i krzaczki. Instalacja jest także złożona przez konieczność rejestracji w kilku różnych miejscach – od Games for Windows Live, po Rockstar Social Club. I wszystko byłoby fajnie, gdyby nie fakt, że chyba jedynymi państwami, jakich nie ma na liście krajów wspieranych przez system, są Zambia i Polska. A jak zapomnicie doinstalować najnowsze Service Packi do Windowsa i .NET Framework to życzę powodzenia w odnajdywaniu komunikatów, jakie wyświetla wam system, na dość pokaźnej liście najczęściej występujących problemów, jakie już w pierwszym tygodniu przygotował Rockstar. Żeby było ciekawiej, jak się później okazało, nie trzeba było się tak wysilać, gdyż do poprawnego uruchomienia GTA IV wystarczyło zmienić kilka parametrów w rejestrze. TO PO CHOLERĘ TO WSZYSTKO?
Już mi lepiej – przepraszam, że traktuję was, jak psychoterapeutów, którym opowiadam o swoich traumatycznych przeżyciach, ale jeżeli miałbym uwzględniać w ocenie końcowej gry jej techniczne zaplecze związane z samym systemem, to gra musiałaby mieć ocenę obniżoną o – co najmniej – dwa punkty. Cały zły czar pryska jednak przy pierwszym odpaleniu gry – magia obrazów, jakie widzimy przed swoimi oczami sprawia, że zapominamy o wszystkich niedociągnięciach autorów, dziurawym systemie, pyskującym Games for Windows, które odmawia logowania, czy nawet o fakcie, iż nie da się uruchomić gry na maksymalnych detalach. Cóż, nie jest tajemnicą, że czwarte GTA ma wręcz horrendalne wymagania sprzętowe, jeżeli mówimy o graniu w grę, która nie wygląda, jak klon części trzeciej wydanej dobre kilka lat temu. Co prawda grę da się odpalić nawet na dość średnich konfiguracjach, ale przyjemność z takiej gry jest nikła. Tym bardziej, że oprawę graficzną „czwórki” trzeba po prostu zobaczyć w pełnej krasie, by ją docenić. Ja byłem zmuszony do gry na średnich detalach, ale muszę przyznać, że nawet wtedy gra wygląda ładnie – zwłaszcza nocą, gdy nie działają zbędne i denerwujące efekty bloomu, które niepotrzebnie rozmazują tekstury. Dopiero nocą można się naprawdę przekonać, że graficy odwalili kawał dobrej roboty – tekstury są ostrzejsze, niż w wersji konsolowej. Podobnie sprawa ma się z cieniami, które przy wysokich ustawieniach wyglądają niemal naturalnie.
Przejdźmy jednak do tego, co sprawia, że gra nie pozwala nam nawet na chwilę się od niej oderwać – fabuły i jej bohaterów. Tutaj należą się Rockstarowi wielkie brawa, bo w tak dobrą grę o gangsterskich rozrachunkach nie grałem od czasu… GTA: Vice City. IV to jednak bardziej dorosła gra, pozbawiona cukierkowatości znanej z przygód Tommy’ego, wspaniale wpasowująca się w dzisiejsze realia świata. Poznajemy bowiem historię dwóch kuzynów wywodzących się z Bałkanów. Jeden z nich – Roman wyjechał do Stanów Zjednoczonych, by zarobić tam ogromne pieniądze. Tak też się stało – zachęcony przez niego Nico postanawia odwiedzić brata, wspomóc go w interesie produkującym miliony dolarów rocznie i obejrzeć te wspaniałe kobiety, o których Roman tyle w listach pisał. Na miejscu okazuje się, iż cały ten American Dream to tylko „Dream” a po grubej flocie nie ma śladu. Są za to długi, problemy i nasz rozdarty bohater – Nico Bellic (co ważne a dość denerwujące – zamerykanizowano nazwisko głównego bohatera. Jako, iż pochodzi on z Bałkanów, logicznym byłoby wymawianie jego nazwiska jako „Belić” a nie „Belik”, jak to ma miejsce w grze), który mimo wszystko postanawia zostać. Nie wie, że w tym momencie wpadł po uszy a jego jedyną nadzieją będzie wzięcie udziału w rozrachunkach kuzyna, które, jak się potem okazuje, sięgają od dna po same wyżyny gangsterskiej hierarchii miasta.
No właśnie, skoro już poruszyliśmy ten temat możemy na chwilę przy nim zostać. Miasto to, nazywa się Liberty City i gościło nas już w trzech wcześniejszych wersjach GTA (pierwszej, trzeciej i w Liberty City Stories na PSP), ale nigdy nie było tak dopracowane i przemyślane, jak dziś. Od razu ostrzegam – to, że Liberty City występowało już we wcześniejszych odsłonach serii nie oznacza, że od razu znajdziecie znajome miejsca. Teren gry został niemal gruntownie przeprojektowany, by jak najlepiej oddać charakter dzisiejszego Nowego Jorku – targanego konfliktami między imigrantami, pełnego rozwarstwień społecznych i kontrastów. Wystarczy wspomnieć, że zaczynamy niemal na ulicy – małe obskurne mieszkanie służy nam jako lokum a o samochód musimy zadbać we własnym zakresie (często musimy więc jeździć bez jednej z bocznych szyb, lub z policją na ogonie – nie ma lekko). Później dopiero naszym oczom ukazuje się świat, o którym w listach pisał Roman – bogactwa, wille, drogie samochody i łatwe dziewczyny. Wszystko jednak podszyte jest gangsterskimi zatargami i szyte zbyt grubymi nićmi, by nie zorientować się, że coś jest nie tak.
Zadania, jakie staną przed nami w grze są niezwykle zróżnicowane i – nie wiem, jak określić inaczej – po prostu pasują do gry. Idealnie. Niemal wszystkie zadania wydaja się przemyślane od samego początku aż do ich zakończenia przelewem gotówki na konto, bądź doświadczeniem innej nagrody (a czasami jest nią także brak kary). Historia Nico jest całkowicie sugestywna, niezwykle filmowa i wciągająca. Myślę, że podobny scenariusz (chociaż zdecydowanie mniej intensywny – ot, gdyby go rozbić na kilka lat działań) mogłoby napisać samo życie. W końcu, kto wie, co dzieje się w najciemniejszych ulicach Wielkiego Jabłka? W każdym razie, plejada postaci, jakie stworzyli programiści zasługuje na ogromne uznanie i wielkie brawa. Sam główny bohater jest postacią niezwykle bogatą i głęboką. Ma swoje problemy, ale często od nich ucieka starając się zająć problemami innych. Jest też moja ulubiona postać – Brucie, który jest największą karykaturą dzisiejszej szpanerskiej części społeczeństwa (także tej w Polsce – to postać uniwersalna). Każda postać stworzona w tym dziele Rockstara to swoisty komentarz wydarzeń i wartości, jakie w dzisiejszym świecie panują w umysłach ludzi.
Jeżeli zaś chodzi o system gry – tutaj dokonano kilku znaczących zmian, które niezwykle pozytywnie wpływają na rozgrywkę. Najważniejszą z nich jest chyba nowa umiejętność bohatera, czyli korzystanie z osłon – chowanie się za murkami, przyklejanie do ścian i wyglądanie zza rogu, oraz oczywiście możliwość ostrzału, podczas którego sami nie wystawimy się znacząco na obrażenia. Drugim ciekawym elementem jest telefon komórkowy, który nasz bohater ma zawsze przy sobie – dzięki niemu możemy komunikować się z postaciami, które już poznaliśmy, umówić się na randkę, czy odbierać wiadomości o kolejnych zadaniach. To nie są jednak wszystkie możliwości naszego „mobila” – to on umożliwia nam dołączenie do gry sieciowej i zmierzenie się z żywym przeciwnikiem. Gra wieloosobowa w GTA IV to jednak tryb na doczepkę, by polepszyć ogólny widok produktu, gdyż w praktyce większość trybów się nie sprawdza a graczy chętnych do gry jest zdecydowanie zbyt mało.
Podobnie, jak miało to miejsce w poprzedniej odsłonie gry (mowa o San Andreas), tak i tutaj dostajemy dostęp do kilku mini-gierek, które odpalamy np. na kręgielni, przy stole do bilardu, tarczy do lotek, czy zwykłych automatach do gry. Jest to ciekawe urozmaicenie (w kręgle i bilard gra się nawet przyjemnie, lotki są zbyt proste), ale odniosłem wrażenie, że jest tego i tak zbyt mało. Widać jednak, że takie było zamierzenie twórców. W Grand Theft Auto IV nie można sobie zrobić tatuaży a ilość ciuchów, jakie można nabyć w sklepach jest kilkakrotnie niższa, niż w San Andreas. Tutaj nie chodzi o szpan i lans w czarnym getcie. I bardzo dobrze.
Na oddzielny akapit zasługuje oprawa dźwiękowa gry, zwłaszcza dubbing postaci, oraz stacje radiowe, które usłyszymy jeżdżąc po mieście. W przypadku tego pierwszego mamy do czynienia z bardzo udanym i solidnym dziełem. Wszystkie głosy są dobrze dobrane do poszczególnych postaci i niezwykle charakterystyczne, co pozwala nam, po kilku chwilach z grą, rozpoznawać wszystkich bohaterów, nawet, jeżeli nie są tak „szczególni”, jak Little Jacob. Co zaś tyczy się radia – panowie (i panie?) z Rockstar przeszli samych siebie serwując nam najbardziej dopracowane i najciekawsze stacje radiowe w historii gier. Jest tu muzyka dla każdego – od heavy metalu, przez rap aż na popie, czy reggae kończąc. Wszystko to zaś wzbogacone jest całą masą smaczków, których samo wyłapywanie sprawia niemałą radochę. A znana już „Krystyna from Poland” wzbudza wieli uśmiech na twarzy.
Podsumowując – Grand Theft Auto IV to gra wielka, niezwykle rozbudowana i wciągająca. Nie jest pozbawiona błędów (a te natury technicznej są nawet mocno irytujące), ale w konfrontacji ze wspaniałą historią i dopracowaną rozgrywką te wszystkie zarzuty tracą moc. Nowe GTA to gra bardzo dobra, którą mogę polecić wszystkim (acz pełnoletnim) graczom z gwarancją dobrej zabawy. Rekomendacja portalu jak najbardziej uzasadniona.


Składam podziękowania za współpracę firmie Cenega Poland
Bartłomiej “SerafiN” Sieja
Powiązane:
- Grand Theft Auto: Vice City Stories także na PlayStation 2
- Gra z serii Grand Theft Auto na przenośną konsolkę Nintendo DS? Czemu nie!
- 10 milionów sprzedanych egzemplarzy Grand Theft Auto IV
- Rockstar ujawnia kolejny dodatek do Grand Theft Auto 4
- Grand Theft Auto: Chinatown Wars teraz również na iPhone












Lipiec 16th, 2009 o 16:12
jak wyglada voodoo