» SerafiN | poniedziałek, 3-11-2008 15:35

Blondynki na stałe wpisały się już w naszą codzienność, jako ikony najnowszej, a zarazem najpłytszej odmiany pop-kultury. Czy to jedynie stereotyp, czy też rzecz najprawdziwsza nie mi rozstrzygać, acz ziarnko prawdy w tym tkwić musi, skoro ludzie takoż mówią. I gry z takim przesłaniem tworzą! Skandal? Raczej mały, lekko podszczypujący żart, czyli gra So Blonde: Blondynka w opałach – rysunkowa przygodówka z przewrotną fabułą i bohaterką rodem z amerykańskiego programu o słodkich urodzinach.

Z blondynkami jest jednak ten problem, że szybko pakują się w kłopoty. A przy okazji towarzyszących im facetów czy koleżanki z gatunku homo psiapsiółki. Tak więc, gdy super nadziany ojciec i super nadziana matka ruszają w rejs, by uczcić rocznicę swojego ślubu popełniają ogromny błąd zabierając tytułową blondynkę Sunny ze sobą. Tym bardziej, że zrobili jej na przekór, gdyż jedyną myślą Sunny jest to, ile wyprzedaży w centrum handlowym zdąży przegapić. Nie spodziewa się jednak tego, że już niedługo wydarzy się coś, co nie pozwoli jej tak często myśleć o nowych spodniach wprost od Versace. Wydarzy się coś, co zapoczątkuje całą lawinę niesamowitych przygód, w której to my będziemy prowadzić Sunny (jako, że blondynka sama zdziałać nic nie umie oczywiście). Zacznijmy jednak od początku.

Historia.
Fabuła w grze jest dość prosta. Oto nasza blondyneczka zostaje podczas sztormu porwana z pokładu statku i wyrzucona na brzeg tajemniczej wyspy, która, jak się później okazuje, zamieszkana jest przez groźnych piratów. Żyjąca jednak w świecie globalnego ogłupienia kolorowymi pismami i telewizją satelitarną Sunny uznaje, że musi to być luksusowy kurort z parkiem tematycznym i żwawo rusza w głąb wyspy, szukać pięciogwiazdkowego hotelu, który obiecali jej rodzice. Jak widać i z dość sztampowego scenariusza można jeszcze coś wykrzesać, gdy posłużymy się nieszablonową bohaterką. Bo, uwierzcie mi – dla nas, polaków, Sunny nie jest przeciętna. I to pomimo, że osobników takich jak ona namnaża nam się w rzeczywistości, to jednak jest to postać na tyle przerysowana i poniekąd karykaturalna, że automatycznie zaczynamy się uśmiechać. Nawet, jeżeli kawały o blondynkach dawno nam się przejadły.

Sytuacja odwraca się jednak po kilku chwilach, jakie Sunny spędza na wyspie. Oto po rozmowach z tubylcami okazuje się, że na wyspie nie ma ani hoteli, ani centrów handlowych, a o internecie nikt nie słyszał. Jednak i wtedy nasza blondyneczka nie traci zimnej krwi i optymizmu, wciąż wierząc, że wszystko jakoś się ułoży, a cała sytuacja jest tylko przykrym zbiegiem okoliczności. W końcu takie rzeczy zdarzają się jedynie w filmach i grach komputerowych.

Wyspa.
Wyspa, mimo iż nie jest ogromna, to zwiedzimy na niej kilka mniej, lub bardziej zróżnicowanych lokacji, oraz napotkamy zamieszkujące je postaci. Te, jak na grę przygodową przystało, są niemalże całkowitym przekrojem przez struktury szajbusów, kabareciarzy i oprychów rodem z opowiadań dla dzieci. Co prawda bohaterowie ci są dość charakterystyczni, to jednak wiele brakuje im do charyzmy postaci, jakie dane mi było oglądać w dość podobnej grze – „Jack Keane”. Tam jednak wszystko było ładniejsze, lepiej brzmiące, trafniej dopasowane i ogólnie lepsze, niż w opowieści o Sunny. Jeżeli już jesteśmy przy aspekcie wyspy, to czuje się zobligowany wytknąć grze to, co sprawiło, że odechciewało mi się zupełnie grać. Mianowicie znienawidzone już przeze mnie ekrany ładowania, które pojawiały się przy przechodzeniu między lokacjami. Rozumiem wykorzystanie takiego zabiegu w grze RPG, czy jakiejś rozbudowanej grze akcji, ale w statycznej przygodówce?! Co prawda widoczki ładowania są dość miłe dla oka i idealnie pasują na tapetę dla naszego pulpitu, to jednak oglądamy je zbyt często. Zwłaszcza, że w So Blonde między lokacjami przyjdzie nam przechodzić dość często.

Coś dla umysłu.
So Blonde nie można by jednak nazwać pełnoprawną przygodówką bez jakichkolwiek zagadek logicznych. Wszak za grę odpowiedzialni są twórcy Broken Sword. Niestety, większość zagadek logicznych to łączenie ze sobą przedmiotów i wykorzystywanie ich w danym celu. W mniej lub bardziej logiczny sposób. Cóż, taki urok oldschool’u już jest i ani ja, ani wy już nic na to nie poradzicie. Nie zmienia to jednak faktu, że już naprawdę mam serdecznie dosyć działania metodą prób i błędów starając się wykombinować, które przedmioty można ze sobą połączyć.

Na szczęście autorzy wszczepili w grę elementy zręcznościowych mini-gierek. Nie są to może wyzwania wysokich lotów (łapanie wody w skorupę kokosa, wybijanie rytmu na bębenkach), ale zawsze są jakimś urozmaiceniem. Dla osób „niepełnosprytnych” jest opcja automatycznego pominięcia zadania zręcznościowego. Miłe ułatwienie, aczkolwiek żadne z tych wyzwań nie powinno nastręczać większych problemów osobie, która mieści się w limicie wieku wyznaczonym przez PEGI (12+). Co innego z zagadkami (nie)logicznymi. Tutaj bowiem może przydać się nutka abstrakcyjnego myślenia, gdyż czasami rozwiązanie zadania nie jest takie oczywiste, a jeżeli znajdziemy jakiś sensowny sposób, to może okazać się, że nie możemy wcielić go w życie, gdyż… autorzy tego nie przewidzieli. Liniowość do bólu. Standard.

Strona techniczna.
Patrząc na grę okiem młodego technika nie sposób nie zauważyć wielu niedoróbek, zarówno w interface’ie, jak i samej oprawie audiowizualnej, czy nawet błędach w rozgrywce. Pierwsze co rzuca się w oczy to grafika właśnie. O ile do ręcznie rysowanych teł (przywodzą na myśl obie części Runaway) nie mam żadnych, najmniejszych nawet, zarzutów, tak trójwymiarowe modele zostały wykonane dość niedbale, a ich animacja jest dość sztuczna. Ponadto całkowita liniowość gry prowadzi niekiedy do bezsensownych sytuacji, kiedy podniesiemy jakiś przedmiot zanim ktoś nas o to poprosił. Wtedy spotykając tę osobę i otrzymując wiadomość o tym, co należy zrobić, zamiast w odpowiedzi pokazać jej ten przedmiot obiecujemy zająć się sytuacją. Ot, twórcy nie przewidzieli naszego pośpiechu. Niby nic a razi.

Na osobny akapit zasługuje oprawa dźwiękowa gry, wraz z polskim dubbingiem (już z okładki wita nas twarz Anety Zając, której głos zabrzmiał w wirtualnych ustach Sunny). Widać jednak, że mimo takiej obsady, nie ustrzeżono się paru błędów – niekonsekwencja w tłumaczeniu, czy nawet pomyłki w kolejności wypowiadania kwestii przez bohaterów. Do samego dopasowania głosu nie mam zarzutów – wszystko wypadło dobrze. Nienajgorzej jest też z melodyjkami przygrywającymi w tle. Aczkolwiek bez większych fajerwerków. Ot, mdła i wtórna melodyjka, która jednak wcale nie przeszkadza w cieszeniu się grą.

Słów kilka na koniec.
So Blonde było jedną z tych gier przygodowych, z którymi przed premierą wiązałem duże nadzieje. Miało być nieszablonowo i bardzo zabawnie, a wyszło dość przeciętnie i nierówno. Ciekawa bohaterka ginie bowiem w otchłani nielogiczności i tylko średnio zabawnych bohaterów. Jest to jedna z tych produkcji, które trudno komuś polecić, wszak na rynku było ostatnimi czasy kilka lepszych produkcji. Jeżeli jednak inne przygodówki masz już w małym palcu, możesz śmiało po So Blonde wyciągać ręce. Inni i tak przejdą obojętnie.

Info:

Gatunek: przygodówka
Oficjalna strona gry: http://www.soblonde-game.de/
Producent: Wizarbox
Wydawca: Anaconda
Wydawca PL: Cenega
Cena: 59,90zł




Wymagania:
Procesor: 1,6GHz
Pamięć: 512MB
Karta grafiki: 64MB
Napęd: DVD
Miejsca na HDD: 3GB
System operacyjny: Windows XP/Vista

Składam podziękowania za współpracę firmie Cenega Poland

Bartłomiej “SerafiN” Sieja

Podyskutuj na forum

Podziel się z innymi: These icons link to social bookmarking sites where readers can share and discover new web pages.
  • Digg
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Gwar

« »

Zostaw komentarz

Anti-Spam Protection by WP-SpamFree













































Allods Polska