» DeDark | wtorek, 28-10-2008 16:58 |
|

Powierzanie tworzenia dodatku do gry innemu deweloperowi niż ten odpowiedzialny za wersję podstawową to duże ryzyko. Nie ma się bowiem pewności, czy nowa ekipa będzie w stanie sprostać wymaganiom fanów, którzy wszystkie zęby zjedli na tytule. W przypadku pierwszego dodatku do gry F.E.A.R. teoretycznie nie powinno być tego problemu, bo choć stworzony został przez TimeGame Studios to wszystko odbyło się pod nadzorem Monolith. Teoretycznie… A jak się to ma do praktyki? Cóż… zapraszam do lektury recenzji.
Jeśli chodzi o fabułę, to rozgrywkę zaczynamy w tym samym momencie, w którym zakończyła się wersja podstawowa gry. Cudem ocaleliśmy z wybuchu kompleksu Armahan, lecz nie jest dane nam długo się z tego cieszyć. Śmigłowiec którym uciekaliśmy rozbija się, a my wraz z dwoma innymi postaciami, które przeżyły katastrofę musimy się dostać na dach szpitala w Auburn, skąd będziemy ewakuowani. Jak to zwykle bywa, nic nie jest takie proste jakim się być wydaje. Fettel, którego zabiliśmy strzałem w głowę żyje, i jak on sam to przyznaje, nie ma to większego sensu. Wraz z nim do życia powraca armia klonów.
Powraca również Alma, której zachowanie jest bardzo dziwne. O ile w F.E.A.R. chciała nas zabić, tym razem jej dziecięca forma nie raz uratuje nas z opresji. Niestety fabuła nie odpowiada na żadne pytania, które mogły pojawić się w naszych głowach po ukończeniu F.E.A.R. Zamiast tego pojawia się wiele nowych. Pod tym względem z pewnością po ukończeniu gry poczujecie niedosyt.
Jaki jest główny przepis na dodatek? To proste. Dać graczom coś więcej. Pojawiły się nowe bronie: karabin laserowy przypominający spawarkę oraz minigun o ogromnej sile rażenia. Nowości nie ominęły również wyposażenia, w którym pojawiły się przenośne działka. Przeciwko nam ruszą także nowi wrogowie, tacy jak wyposażona we wspomniany wyżej minigun wersja ciężko opancerzonych żołnierzy oraz niewidzialne zjawy z krwisto-czerwonymi oczyma. Są również nowe lokacje. Niestety przy ich tworzeniu najwidoczniej wykorzystano tekstury z podstawowej wersji gry i scenerie, które zobaczymy podczas zwiedzania Auburn mogą się wydać monotonne. Równie dobrze mogłoby być częścią podstawowej wersji gry. A skoro nie widać różnicy, to po co przepłacać?
Jeśli chodzi o oprawę graficzną, to choć jest ona utrzymana na tym samym poziomie co w F.E.A.R. Wzrosły nieco wymagania sprzętowe. Nie wiadomo czy to dlatego, że ludzie z TimeGate Studios dodali za dużo bajerów czy też dlatego, że pojawiły się w grze otwarte przestrzenie. Może się zdarzyć, że przy ustawieniach maksymalnych, które pozwalały na komfortową grę w podstawowej wersji gry, po wyjściu na otwartą przestrzeń doznamy niezbyt przyjemnego wrażenia, że gra zamieniła się w pokaz zdjęć. Niestety benchmark wbudowany w grę tego nie wyłapie.
Muzyka skutecznie buduje nastrój. Jej pojawienie się oznaczać może jedynie fakt, że niczym w horrorach zaraz coś zacznie się dziać. Efekty dźwiękowe również nie są poniżej poziomu do którego przyzwyczaił nas F.E.A.R. W zasadzie mamy do czynienia w większości z tymi samymi odgłosami. Co do ich jakości nie można mieć zastrzeżeń. Inna sprawa z ich częstotliwością, jako że rozgrywka jest nieco bardziej intensywna, to rozmowy pomiędzy żołnierzami Repliki, mogą po pewnym czasie działać na nerwy – tak często je słyszymy i tak często się powtarzają. Kolejną rzeczą do której można się przyczepić jest denerwujący błąd sprawiający, że jak coś się przewróci to odnosi się wrażenie, że odgłos temu odpowiadający się zaciął i słyszymy go dopóki nie opuścimy pomieszczenia.
Jak już wspomniałem, główną zasadą przy tworzeniu rozszerzeń jest danie graczom czegoś więcej. Tym razem dano więcej… akcji. Podstawowa wersja gry charakteryzowała się szybkimi wymianami ognia rozdzielonymi przemierzaniem korytarzy. W Extraction Point zmieniono nieco proporcje. Będą długie, intensywne wymiany ognia z większą liczbą przeciwników przerywane krótkimi spacerkami korytarzami. Po czym można będzie poznać, że za rogiem czai się wróg? Po zwiększonej liczbie znajdowanych apteczek, broni i amunicji. Nie oznacza to, że gra stała się prosta. Nawet z kieszeniami pełnymi apteczek wyskakując na środek pomieszczenia niczym Rambo można być pewnym, że za chwilę trzeba będzie wczytać zapisany stan gry. Warto zapamiętać prosty wzór: więcej wroga + sztuczna inteligencja rodem z F.E.A.R. = kłopoty. Nadal przed wyjrzeniem za róg zalecane jest zapisanie stanu gry. Jednakże gdyby się uprzeć można całą grę przejść odpowiednio celnie rzucając granatami. Więcej przeciwników to jest jakiś sposób na większe napięcie, na lepsze straszenie. Ale jednocześnie, moim skromnym zdaniem, jest to trochę pójście na łatwiznę. Można przecież budować nastrój inaczej, niż wrzucając do kotła więcej mięsa – a tego w Extraction Point nie brakuje.
Wygląda na to, że twórcy gry postanowili dodać więcej wrogów, nowe poziomy stworzone przy pomocy tekstur z pełnej wersji gry, dwie nowe bronie, kilku nowych przeciwników i voila! Mamy dodatek. Gra się w to dobrze, szkoda tylko, że ma się wrażenie, że jest to proste odcinanie kuponów. Jeśli dobrze grało ci się w F.E.A.R. to w Extraction Point również powinno ci się dobrze grać. Jednakże monotonność poziomów może trochę znudzić. Grę w dodatek rozpocząłem zaraz po ukończeniu podstawowej wersji gry. Początek był obiecujący. Ciemne piwnice, po których snuły się dziwne zjawy dawały nadzieję, że będzie ciekawie. Później gdy pojawiły się dziwnie znajome korytarze, zadziałało to na mnie tak odpychająco, że musiałem zrobić sobie przerwę od gry. I jeszcze to zakończenie niewyjaśniające niczego. Aby znaleźć odpowiedzi na nasze pytania przyjdzie nam chyba poczekać na F.E.A.R. 2.
Jeśli masz wystarczająco dużo wytrwałości to gra z pewnością ci się spodoba. W innym przypadku polecałbym bardziej sięgnięcie po inny dodatek. Podsumowując. Nie jest źle ale mogłoby być o wiele lepiej.
Marcin „Joszko” Brzeski
Powiązane:












