» DeDark | sobota, 11-10-2008 13:20 |
|

Ostatnio można zaobserwować ciekawa modę. Modę na retro. Na potęgę tworzy się remake’i klasyków z NES’a czy też automatów. Możemy więc po raz kolejny zagrać w pierwsze odsłony serii Final Fantasy czy też Street Fightera w odświeżonej szacie graficznej. Kwestia, czy oznacza to wypalenie się branży, która nie jest w stanie wymyśleć nic nowego, jest tematem na osobny artykuł. Wróćmy więc do tematu… Bionic Commando: Rearmed wpisuje się w ten trend bowiem jest to odświeżona wersja gry, która ukazała się na automatach w roku 1987 i rok później na konsole Nintendo. Na dobry początek przyznam się bez bicia, że w oryginalnego Bionic Commando nie grałem. I tak z czystym kontem podszedłem do tej gry…
Fabuła gry zdaje się być jedynie pretekstem do rozwalenia zastępów wrogich jednostek w liliowych mundurach (kto o zdrowych zmysłach takie mundury funduje swoim podkomendnym?). Otóż w 2029 roku odnaleziono dokumenty dotyczące projektu Albatros, którego celem było stworzenie broni masowej zagłady. Trafiły one niestety w ręce Generalissimus Killta, który szybko stworzył (liliową) armię i zaatakował prawe wojska Federalnych Stanów Ameryki. W celu zinfiltrowania wroga wysłano najlepszego agenta jakim dysponowano i… to nie byliśmy my. Z Super Joe, bo tak się zwie ów agent, stracono jednak kontakt. Dlatego też postanowiono wybrać drugiego z kolei najlepszego agenta, wyposażonego w bioniczne ramię, Nathana „Rada” Spencera (który dla odmiany wyluzowany paraduje w zielonym dresiku), którego poczynaniami pokierujemy my. Naszym zadaniem jest oprócz odnalezienia Super Joe także zniszczenie baz wroga, przeszkodzenia w realizacji programu Albartos. Co ciekawe w oryginalnej wersji gry przeznaczonej na rynek japoński główny zły chciał przywrócić do życia Hitlera. W Remaku nie ma ani nazistów ani Hitlera, zamiast tego mamy do czynienia z Przywódcą.
Teraz kwestia najważniejsza. Gra należy do gatunku platformówek w tradycyjnym tego słowa znaczeniu. Oczywiście w porównaniu do pierwowzoru poprawiono znacząco to i owo. Pierwsze co rzuca się w oczy to oczywiście grafika. Prezentowana jest ona w konwencji 2,5D, czyli trójwymiarowe otoczenie i dwuwymiarowe postacie. Długo zastanawiałem się jak można słowami oddać efekty graficzne w tej grze. Zastosowano w niej niemal wszystkie efekty graficzne i to w takiej formie, że na pierwszy rzut oka widać, że gra ukazała się w roku 2008. Postacie, wybuchy, poziomy – wszystko została przedstawione z niesamowitą dbałością o szczegóły. Niestety ta dbałość daje o sobie znać gdy zerkamy na wymagania sprzętowe. Niby prosta platformówka a lepiej do niej nie podchodzić bez chociażby dwurdzeniowego procesora.
Jak zapewne wiecie główny bohater posiada bioniczną rękę i to głównie dzięki niej porusza się po tym świecie bowiem podskoczyć nie potrafi. Potrafi za to niczym tarzan bujać się na linie. Oprócz poruszania ręka przydaje się także do uruchamiania przełączników, zbierania apteczek, rzucania beczkami a w późniejszych etapach można za jego pomocą łapać przeciwników by zrobić z nich żywe tarcze. Oprócz tego eksterminacji wrogich sił będzie można dokonać przy pomocy kilku rodzajów broni, które będziemy zdobywać w miarę naszych postępów.
Skoro o postępach mowa to do przejścia dostaniemy kilkanaście etapów osadzonych w różnych strefach klimatycznych. Będą tereny pustynne, bagienne, górzyste, zimowe, industrialne… do wyboru do koloru. Nie są one zbyt duże. Przejście jednego nie powinno zając dłużej niż pól godziny. W sam raz dla gracza „casualowego” (czyli takiego, który grywa okazyjnie i krótko). Na końcu każdego poziomu spotkamy bossa, groźnego przeciwnika, którego pokonanie wymaga zastosowania konkretnej strategii. Niestety nie na każdym etapie znajdziemy unikalnego przeciwnika. Czasem będzie to po prostu ulepszona wersja kogoś kogo pokonaliśmy kilka poziomów wcześniej. Szkoda, że twórcy gry nie wykazali się większą kreatywnością. Ten sam problem dotyczy „standardowych” przeciwników. Spotkamy ich w zasadzie jedynie kilka rodzajów. Inna kwestią jest łatwość pokonania specjalnych przeciwników. Otóż, jeśli zastosujemy odpowiednią strategię raz dwa rozprawimy się z przeciwnikiem.
Oprócz typowej rozgrywki z widokiem z boku trafiają się także etapy kiedy spotykamy na mapie konwoje przeciwnika. Wtedy zostajemy zrzuceni z helikoptera po to by uporać się z artyleria przeciwlotniczą. Widzimy wtedy pole walki z góry niczym w grze Commando. Niestety te poziomy są malutkie i powtarzalne. Innym ciekawym przerywnikiem są włamania do sieci przeciwnika przedstawiane jako trójwymiarowe puzzle.
Pisałem o oprawie graficznej więc wypadałoby wspomnieć co nieco również o muzyce i efektach dźwiękowych. W grze nie uświadczymy kwestii mówionych. Zamiast tego będziemy musieli czytać komiksowe dymki. Nasz bohater odezwie się w grze tylko raz, pod sam koniec. Efekty dźwiękowe nie są wybitne. Co innego ścieżka dźwiękowa. Utrzymana w „oldschoolowych” klimatach muzyka skomponowana przez Simona Viklunda wpada w ucho i nie chce opuścić mej głowy. Nawet teraz gdy ukończyłem już grę przyłapuję siebie na nuceniu, niektórych utworów. Wydano nawet soundtrack z gry. Świadczy to dobrze o jego jakości.
A co mi się w grze nie podobało? Otóż jest trochę krótka. Gra się przyjemnie i jej ukończenie pozostawia uczucie niedosytu. Co prawda twórcy gry zapewnili przeróżne symulacje, które mają za zadanie przyciągnąć do gry po jej ukończeniu lecz w moim przypadku to się nie sprawdziło. Co to są za symulacje? Otóż jest to dość pokaźny zestaw wyzwań, które należy wykonać na czas. Kolejną wadą jest dość duży poziom trudności, który z połączeniu ze sterowaniem, które nie zawsze sprawia, że kierowana prze nas postać robi to ci chcemy, sprawi, że nie raz zapragniemy wyrzucić komputer przez okno. Co prawda istnieją checkpointy lecz nie mogę się założyć, ze kilka, kilkanaście a nawet kilkadziesiąt razy będziemy powtarzać niektóre fragmenty poziomów. A na każdy poziom dysponujemy jedynie trzema życiami.
Podsumowując. Bionic Commando Rearmed to bardzo ciekawa gra, która wielu przypadnie do gustu a gracze spragnieni oldschoolowej rozgrywki z pewnością ja pokochają. Dowodem może być poczucie niedosytu po ukończeniu gry. Chciałoby się zagrać jeszcze raz. Takiej gry posiadacze komputerów PC dawno nie mieli. Warto zagrać chociażby żeby zobaczyć czy stare gry w nowej szacie są w stanie zapewnić godziwą rozgrywkę w dzisiejszych czasach. Z pewnością nie każdemu gra przypadnie do gustu lecz warto zaryzykować. Polecam!
Marcin “joszko” Brzeski
Powiązane:













Październik 11th, 2008 o 14:55
[...] Ciąg dalszy recenzji na łamach serwisu Voodoo Guild [...]
Kwiecień 13th, 2009 o 8:55
[...] W oryginalnego Bionic Commander nie grałem lecz bardzo spodobał mi się jego remake. [...]