» DeDark | wtorek, 23-9-2008 15:04 |
|

Jerozolima roku pańskiego 1191. Czasy Trzeciej Wyprawy Krzyżowej. Rycerstwo europejskie dowodzone przez króla angielskiego Ryszarda Lwie Serce, cesarza niemieckiego Fryderyka I Barbarossę i króla francuskiego Filipa II Augusta i próbuje wydrzeć z rąk sułtana Saladyna Ziemię Świętą. Spór stara się zażegnać tajemnicza sekta asasynów. Na imię Ci Altair (a właściwie Altaiŕ). Jesteś „ostrzem w tłumie”, elitarnym mordercą, członkiem niniejszego ugrupowania (od którego to nazwy de facto wzięło swój początek słowo „zabójca” w wielu językach Europy). Twoje zadanie jest następujące, musisz wyeliminować osoby podsycające zarzewie niezgody. Nie zważasz na to, czy twoje ofiary są przedstawicielami Krzyżowców czy Saracenów. Twoim poczynaniom przyświeca tylko jedna maksyma – „Nic nie jest prawdziwe, wszystko jest dozwolone…”
Na temat Assassin’s Creed napisano i powiedziano wiele. Można by rzec, że jeszcze na długo przed premierą pierwszych wersji gry – które jak pamiętamy ukazały się na X360 i PS3 – media branżowe wespół z ‘ekspertami’ z rozlicznych for dyskusyjnych, rozłożyły produkcję montrealskiego oddziału Ubisoftu na czynniki pierwsze. Doskonała kampania medialna Ubi z niebywałym kunsztem z miesiąca na miesiąc podsycała zainteresowanie produkcją. Kiedy tytuł wreszcie zawitał na sklepowych półkach, nie było gracza, który nie wiedziałby, kim jest ‘ten tajemniczy mężczyzna w kapturze’, że już o osobnikach wzdychających na każdy niemal widok – skądinąd przeuroczej – panny Jade Raymond, producentki gry, nie wspomnę. Po światowym debiucie konsolowych wersji programu emocje sięgnęły zenitu. I choć grze przyszło zderzyć się z przytłaczającą falą krytyki, entuzjastów wirtualnej rozrywki, którzy mimo zrzędzenia naburmuszonych recenzentów zdecydowali się dać jej jednak szansę, bardzo szybko poczęto liczyć w milionach. O tak – Assassin’s Creed to produkcja tak kontrowersyjna, jak to tylko możliwe. Dla jednych jest niekwestionowanym arcydziełem, spełnieniem marzeń o grze doskonałej. Dla drugich przykładem na zmarnowanie ogromnego potencjału. O co tyle krzyku? Odpowiedzi postaram się udzielić na podstawie PeCetowej wersji gry, która jakiś czas temu zadebiutowała w naszym pięknym kraju.
Złamane kredo…
Głównym bohaterem Assassin’s Creed jest – jak to już zostało powiedziane we wstępie – mężczyzna imieniem Altair. Naszego protegowanego poznajemy w chwili, gdy stoi na samym szczycie hierarchii bractwa. Jak przystało na najlepszego człowieka w sekcie, rozpiera go duma i pycha, która powoli zaczyna graniczyć z arogancją, a ta – jak zdążyliśmy się wielokrotnie przekonać – nigdy nie zwiastuje niczego dobrego. I faktycznie, w trakcie jednego ze zleconych przez Al Mualima – mistrza asasynów – zadań, Altair popełnia katastrofalny w skutkach błąd. Niepomny przestróg towarzyszących mu dwu innych asasynów, postanawia otwarcie zaatakować Templariusza, w którego posiadaniu znajduje się artefakt, będący celem misji. Całość kończy się tragicznie, jeden z towarzyszy naszego „skrytobójcy” zostaje zabity, drugi zaś (notabene brat pierwszego) traci rękę, a on sam (Altair) z niemałym trudem ucieka do Masyaf, by donieść o wszystkim swemu mistrzowi.
Al Mualim jest wściekły. Oczywistym jest, że nie obejdzie się bez surowej kary. Egzekucja tejże musi jednak poczekać, gdyż… u bram twierdzy, pojawiają się nieproszeni goście – pokaźny oddział Templariuszy na czele z Robertem De Sabre, człowiekiem, który chwilę wcześniej lekko „pokiereszował” naszego milusińskiego. Następne kilka minut to ciąg dalszy swoistego tutorialu, w trakcie którego Altair, w dosyć spektakularny sposób przegoni niemilców z Masyaf. W nagrodę Al Mualim daruje mu życie, pozbawiając go jednak wysokiej rangi w bractwie, co za tym idzie kilku istotnych elementów ekwipunku oraz… większości umiejętności (czytaj ruchów jakie może wykonywać podczas walki), a także (sic!) paru segmentów składających się na pasek zdrowia.
I w tym momencie gra zalicza pierwszy zgrzyt. Nie trzeba być jakoś szczególnie dociekliwym, by dopatrzeć się pobudek, jakimi kierowali się producenci implementując do gry takie, a nie inne rozwiązania. Doskonale rozumiem, iż zwiększanie umiejętności bohatera wraz z postępami w zabawie, to bardzo fajna sprawa, ale – bądźmy szczerzy – czy to naprawdę niezbędne? Moim zdaniem bynajmniej nie. Nie muszę chyba tłumaczyć, jak w kontekście powyższego wypadają przedpremierowe obietnice wszechobecnego realizmu…
Let the hunting begin!
Na czym to skończyliśmy? Ah tak – Altaira spotyka zasłużona kara. Traci niemal wszystko, łącznie z zaufaniem i szacunkiem swego mentora oraz braci. Otrzymuje jednak drugą szansę… Wyznaczona przez Al Mualima pokuta nie należy jednak do łatwych – musi zabić dziewięciu wskazanych przezeń mężczyzn, zdemoralizowanych orędowników wojny, którzy skutecznie nie dopuszczają do zawarcia w Ziemi Świętej pokoju. Trzech z nich mieszka w Jerozolimie, trzech w Akce, pozostałych znajdziemy w Damaszku. Miasta podzielone są (tak, zgadliście!) na trzy dzielnice: biedną, handlową i bogatą. W każdej zaś z nich (również macie racje) czeka jedna z ofiar naszego niesfornego asasyna. Jako, że są to, w wykreowanym przez producentów świecie, postacie wyjątkowe: władcy, kupcy, lekarze, itp., etc., dotarcie do nich stanowi niemałe wyzwanie, nawet dla naszego alter ego. Cechą rozpoznawczą asasynów nie było jednak wbrew pozorom tylko wyłącznie zamiłowanie do haszyszu. Warty odnotowanie jest również fakt, że z ich ostrzy mógł zginąć każdy, bez wyjątku każdy… A Altair jest ponoć jednym z lepszych w ‘te klocki’. Naturalnie i w jego przypadku nie obędzie się bez pewnych przygotowań. Dobre zorientowanie w sytuacji – tu równoznaczne z wykonaniem szeregu misji pobocznych, tzw. „śledztw” – jest w Assassin’s Creed kluczem do sukcesu.
The investigation…
Sposobów na zdobycie niezbędnych informacji jest całkiem sporo. Definitywnie najprostszy ze wszystkich to podsłuchiwanie. Wszystko co musimy zrobić to usiąść na ławeczce w pobliżu miejsca, gdzie dwie ewidentnie wyróżniające się z tłumu postaci prowadzą żarliwą rozmowę i voila. Nieco bardziej wymagająca jest kradzież kieszonkowa. W tym przypadku trzeba bowiem w odpowiednim momencie podejść do danego delikwenta i dyskretnie zwinąć przyczepiony do jego pasa mieszek. Innym razem, żeby wydobyć z kogoś informacje, trzeba mu najpierw porządnie obić mord… ep facjatę. Pozostałe zadania poboczne to niszczenie kupieckich straganów na czas, polowanie na łuczników, wyścig do wyznaczonego na mapie miejsca, zbieranie porozrzucanych po ulicach i dachach flag (na czas, a jakże by inaczej) oraz bezsprzecznie najtrudniejsze (szczególnie pod koniec zabawy), a zarazem najbardziej emocjonujące wyzwanie – eliminacja wyznaczonych przez informatora osób.
Oczywiście nikt nam wszystkich „śledztw” zaliczać nie każe. Przed przystąpieniem do likwidacji kluczowego celu należy wykonać co najmniej trzy z sześciu dostępnych. Gdy jednak chcemy pobawić się w skrytobójcę z prawdziwego zdarzenia, wykonanie minimalnej liczby zadań pobocznych może okazać się niewystarczające, gdyż poznajemy w ten sposób tylko i wyłącznie lokalizację celu. Zaliczenie kolejnych dostarcza nam wiadomości na temat jego nawyków, najbliższych planów, ochrony itd., itd. Jak tę wiedzę wykorzystamy, to już nasza sprawa. Wariantów jest sporo i warto samemu odkrywać najbardziej efektywne sposoby ukończenia zlecenia – w końcu to danie główne Assassin’s Creed. Ja preferowałem bezszelestne wślizgiwanie się w najbliższe otoczenie ofiary i błyskawiczny cios ukrytym ostrzem. Jeśli jednak ktoś woli wykonać efektowny desant z powietrza, wykończyć z ukrycia obstawę celu tudzież odwrócić uwagę strażników inną zbrodnią, to proszę bardzo. Producenci postawili w tej kwestii na niemal całkowitą dowolność. Szkoda tylko, że wzorem ekipy IO Interactive, autorów serii Hitman, nie postanowili w jakikolwiek sposób premiować graczy, którzy podejdą do sprawy w sposób bardziej wyrafinowany, jak na prawdziwego asasyna przystało. W efekcie niedużo trzeba, by gra z wysublimowanego symulatora średniowiecznego skrytobójcy przemieniła się w prostacką, pozbawioną jakiejkolwiek finezji rzeźnię… Ba! Kilka morderstw i tak niezależnie od naszych starań zakończy się zaalarmowaniem straży oraz efektowaną ucieczką poprzez wypełnione tłuszczą uliczki bądź skąpane w słońcu dachy. Po cóż więc się męczyć, zapytacie. Chyba tylko dla czystej satysfakcji.
Leïto to ty?
Zważywszy jednak na niewypowiedzianą wręcz przyjemność, jakiej dostarcza samo poruszanie się po średniowiecznych miastach będących teatrem naszych działań, trudno przełknąć i ten argument. Poczucie swobody jakie zyskujemy dzięki nadzwyczajnej sprawności fizycznej i akrobatycznym zdolnościom Ataira jest tak dojmujące, że w zasadzie nie sposób wyrazić go za pomocą słów. To trzeba zobaczyć na własne oczy, poczuć!
Podobnie jak w przypadku zyskującego ostatnimi czasy na popularności parkouru, w grze nie ma w zasadzie żadnych limitów dla miejskich akrobacji. Animowany przez nas asasyn potrafi złapać się najwyższej krawędzi muru, wspiąć się na każdą nieomal ścianę, wykonać skok nad uliczką, słowem może dostać się w praktycznie każdy punkt miasta – w tym także na najwyższe choćby dachy. Co więcej, system dzięki któremu możemy poczuć się jak z Leïto z 13 Dzielnicy Pierre’a Morela działa w sposób w pełni kontekstowy, w związku z czym całość nie tylko niesamowicie wygląda, ale jest też stosunkowo prosta do wykonania przez gracza. Wystarczy wcisnąć dwa przyciski (jeden odpowiedzialny za bieg, drugi za akrobacje) i obrać odpowiedni kierunek, a Altair zrobi za nas całą resztę, co więcej zrobi to bezbłędnie. Zadanie gracza sprowadza się więc do wypatrywania miejsc, które bohater może w ten, czy inny sposób wykorzystać. Że to banalnie proste? Tak, ale jakie efektowne!
Altair waleczny
Niemniej spektakularna okazują się walka. Wszelkie potyczki zrealizowane zostały z niebywałym rozmachem i pietyzmem. Gra raz za razem atakuje zmysły nietypowymi, filmowymi ujęciami i kapitalną animacją, niestety przypłaca to pewnym brakiem wyważenia. Wachlarz ruchów naszego asasyna jest całkiem spory. Altair potrafi uderzać mieczem, wyprowadzać skomplikowane combosy, blokować pchnięcia przeciwników, rozbijać gardę, itp., etc., jest jednakże jedno drobne ‘ale’. Otóż z ruchów tych praktycznie w ogóle się nie korzysta, gdyż i tak najskuteczniejszą metodą eksterminacji adwersarzy jest… kontratak. Aktywowany w momencie, gdy oponent akurat wyprowadza cios, kończy daną potyczkę efektownym – w większości przypadków zobrazowanym smakowitą, krwawą animacją – finiszerem. Opanowanie tej – nietrudnej zresztą – techniki, jest w zasadzie równoznaczne ze zwycięstwem w niemal każdym pojedynku. Co by jednak nie było zbyt banalnie, wraz z rozwojem akcji, gra rzuca na nas coraz to większą liczbę przeciwników. Niestety, nawet pomimo przytłaczającej wręcz przewagi liczebnej (wierzcie lub nie, ale pod koniec zabawy naszemu protegowanemu parokrotnie przyjdzie zmierzyć się z całym hufcem zbrojnych rycerzy), oponenci nie stanowią realnego zagrożenia. Niezwykle przystępny system bloków i kontr, w połączeniu z cokolwiek upośledzoną AI – gdy zatapiamy stal w bebechach jakiegoś żołdaka, reszta gromadki grzecznie czeka na swoją kolej – sprawia, że jesteśmy w zasadzie niepokonani…
Ajjii
Kuriozalne zachowanie adwersarzy nie ogranicza się zresztą tylko i wyłącznie do walki. Sporo do życzenia można mieć również w kwestii ich czujności, o ile oczywiście o takowej można w ogóle mówić, w przypadku typów, którzy tracą zainteresowanie naszą osobą w chwilę po tym, jak znikniemy za pierwszym lepszym węgłem. Podobnie rzecz się ma w przypadku gubienia ogona. Wystarczy na kilka sekund ‘oderwać się od peletonu’, a następnie dać susa w pobliski stóg siana tudzież za kotarę jednego z gęsto rozsianych po dachach ogrodów, bądź też po prostu usiąść na jednej z miejskich ławeczek i mamy spokój.
To jest piękne…
Nic złego natomiast nie można powiedzieć o oprawie wizualnej programu. Ta – mówiąc najogólniej – prezentuje się obłędnie! Świat gry zniewala swoim wyglądem, urzeka krajobrazami, szokuje skalą wykonania. Po raz pierwszy mamy do czynienia z tak ogromnym, tętniącym życiem środowiskiem, gdzie każdy zaułek jest inny, a najmniejsza nawet wioska cieszy swoją niepowtarzalnością. To co udało się osiągnąć grafikom z montrealskiego oddziału Ubisoftu jest tak niesamowite, że wręcz nie sposób nie pochylić z uznaniem czoła nad efektami ich pracy. Zerknijcie zresztą do dołączonej do tekstu galerii. Robi wrażenie, prawda? Jak przystało na grę firmowaną logo Ubi, prześlicznej oprawie graficznej towarzyszy świetny soundtrack – za który, w tym przypadku odpowiada nie kto inny, jak legenda branży, Jesper Kyd – oraz rewelacyjne efekty dźwiękowe. Po prostu maestria…
Twoje życie należy do mnie!
I tym oto sposobem w końcu dotarliśmy do finału niniejszej recenzji. Mimo kilku potknięć, Assassin’s Creed jest dla mnie jedną z ważniejszych gier tego roku. To naprawdę fantastyczna produkcja, obok której zwyczajnie nie sposób przejść obojętnie. Niestety znajdą się prześmiewcy i sceptycy (vide Bilbo), którzy będą narzekać, iż struktura rozgrywki jest zbyt schematyczna. Faktycznie, trudno ukryć, że czynności jakie wykonujemy w ramach śledztw oraz kolejne kroki w drodze do finałowego etapu cały czas się powtarzają. Cóż jednak z tego, skoro przy odrobinie szczęścia i dobrej woli, gra może wciągnąć wręcz narkotycznie. Sprawić, że będziesz wracał do niej w każdej wolnej chwili. Myślał tylko o niej… Koniec końców oferuje przecież przeżycia, jakich nie znajdziesz w żadnym innym tytule.

Składam podziękowania za współpracę firmie Cenega Poland
Krzysiek „Havret” Cebula
Powiązane:
- Assassin’s Creed – polska wersja na konsolę PS3 już w piątek zadebiutuje na rynku
- Assassins Creed także na Wii i X360
- Grywalny Assassins Creed na E3
- Ghost Recon i Assassin’s Creed trafią na wielki ekran?
- Zobacz jak Altair stracił swój palec w stworzonym przez fanów filmie Assassin’s Creed – Initiation








Wrzesień 17th, 2009 o 17:35
[...] nadrabiać zaległości w grach. Zwłaszcza, że teraz Assassin’s Creed nie kosztuje. Polecam recenzję (nie moją) na łamach serwisu [...]