» Marcin Brzeski | środa, 15-3-2006 21:50
Każdy fan gier role-playing powinien wiedzieć, kim jest „bard”, jednak niewtajemniczonym należy się krótka charakterystyka tej właśnie postaci. Otóż, bard to taki grajek (zwany czasem trubadurem), wędrujący od karczmy do karczmy w poszukiwaniu łatwego zarobku i pięknych kobiet. Czasem coś zagra, gdy nadarzy się okazja to ukradnie. Miły facet… ale chodzi mu głównie o pieniądze.

Na wstępie trzeba powiedzieć, że gier koncentrujących się właśnie na tej postaci zbyt wiele nie powstało. Żeby być dokładnym, jest to dopiero czwarty stwierdzony przypadek takiego zajścia. Dziwnym zbiegiem okoliczności przy produkcji wszystkich tych „przypadków” swe palce maczał Brian Fargo, założyciel firmy Interplay (która „spłodziła” chociażby takie cudo, jak Fallout). Poprzednie edycje Bard’s Tale powstawały w czasach, kiedy królowały 8-bitowe „superkomputery” (tu ma miejsce głębokie westchnienie wyrażające sentyment autora do czasów spędzonych podczas wczytywania się gier na C64) – gra pojawiła się na takich platformach, jak Amiga, NES, wspomniane Commodore 64 i wielu innych. Tym razem mamy do czynienia z czymś z angielska zwanego „rimejkiem”, czyli otworzeniem starej (ale jarej) gry w nowej (w założeniu też jarej) odsłonie. „Stare” Bard’s Tale mimo pewnych ograniczeń technologicznych wyróżniała się nieprzeciętnym podejściem do rozgrywki. Niepowtarzalna atmosfera oraz spora dawka humoru sprawiły, ze gra doczekała się dwóch kontynuacji, powieści i sześciocyfrowego poziomu sprzedaży.

Czy nowe Bard’s Tale jest w stanie dorównać pierwszej części serii, która przez wielu uznawana jest za protoplastę współczesnych gier RPG? Zanim trafiła ona w moje „spragnione świeżej gry” łapska, zrobiłem rekonesans i rozeznałem się w temacie. Dzięki temu wiem, że gra pojawiła się nie tylko na PC, lecz też na konsole (Xbox i PS2). Nie ucieszyłem się z tego powodu. Gry tworzone jednocześnie na wiele platform maja tendencję do niewykorzystywania swojego potencjału. Często konieczne są chore kompromisy, które zdecydowanie nie wychodzą grze na dobre. Niechlubnym przykładem może być Deus Ex 2, który w wersji na PC jest praktycznie niegrywalny. Są oczywiście tez dobre przykłady na to, że taka gra może się udać (żeby nie szukać daleko: GTA: San Andreas). Dowiedziałem się również, że Brian Fargo założył firmę InXile właśnie po to, by stworzyć niekonwencjonalnego RPG. A pod słowem „niekonwencjonalny” może kryć się niezła rozrywka. Pokrzepiony tą myślą, z radością otworzyłem drzwi listonoszowi, który wręczył mi paczkę z grą. Rozdziewiczenie paczki nie trwało zbyt długo – opakowanie zostało rozniesione na części pierwsze, a płyta DVD szybko wylądowała w napędzie… Najwidoczniej musiałem przespać moment, kiedy to do instalacji najnowszych gier zaczął być wymagany olbrzymi dysk twardy, toteż bardzo się zdziwiłem, gdy zobaczyłem, że instalacja wymaga aż 7 GB wolnego miejsca. Jest tez oczywiście wersja „minimalna” (1 GB), ale to niewielkie pocieszenie.

Po dość długiej instalacji (zdążyłem zrobić sobie herbatkę ;) ) uruchomiłem grę i oczom mym ukazało się intro. Przedstawia ono bodajże finałową bitwę. Narrator (bardzo ważna postać) wprowadza nas w szczegóły i cofamy się do momentu, w którym cała przygoda się zaczęła…

Zapadła wioska, wędrowny bard przechodząc przy karczmie zwietrzył okazję na darmowy posiłek i wygodne miejsce do spania w towarzystwie pięknej panienki. W mig rzuca zaklęcie, którego efektem jest wyczarowanie małego szczurka (o magii wspomnę w dalszej części tekstu), który sprytnie wślizguje się do środka. Słychać krzyk wydobywający się bez wątpienia z niewieściego gardła i nasz dzielny bohater rusza na ratunek… Później nasz bohater zostanie „wybrańcem” (The Chosen One – nie brzmi to dla Was znajomo?), który musi uratować piękną czarodziejkę uwięzioną przez złe moce. Jak się okaże, nie jest on pierwszym frajerem wysłanym na ratunek. Jak to w takich historyjkach bywa, to właśnie jemu udaje się zajść dalej, niż reszcie śmiałków.

Od razu po uruchomieniu widać, że gra jest konwersją z konsol. Nie jest to jedna z tych skomplikowanych gier, w której toniemy po uszy w statystykach. Są tu, co prawda statystyki postaci, lecz dość okrojone. Siła, witalność, charyzma, zręczność, wyczucie rytmu – czyli standard (no, może poza tym wyczuciem rytmu). Można samodzielnie rozdzielić punkty między poszczególne cechy lub zdać się na komputer. Inną sprawą jest sztandarowa wada gier przeznaczonych na konsole – zapis gry tylko w niektórych miejscach na mapie. Da się z tym żyć, lecz czasem jest to źródłem ogromnych stresów. Już na samym początku mogę napisać, że gra jest krótka – podobno trwa jedynie dwadzieścia godzin. Co prawda nie grałem z zegarkiem w ręku i nie liczyłem upływających minut, ale jakoś szybko czarodziejka została uratowana. Jak to zwykle bywa w krótkich grach, pozostaje spore uczucie niedosytu.

Widoki, które raczą nasze oczy, generowane są przez engine, który posiadacze konsol widzieli już w akcji w Baldur’s Gate: Dark Alliance. W trakcie rozgrywki praktycznie przez całą grę naszego bohatera śledzimy z góry. Możemy, co prawda sterować kamerą, lecz ogranicza się ono jedynie do kręcenia nią na około barda i regulowania zbliżenia. Mapy co prawda nie są duże – zazwyczaj ograniczają się do jednego „korytarza”, którym należy podążać, lecz są wykonane dość szczegółowo. Czasem jednak gra zwalniała i bard zaczynał poruszać się w zwolnionym tempie. O dziwo takie sytuacje zdarzały się, gdy ścieżka była wąska, a wrogów na ekranie mało. Świat gry podzielony jest na małe mapy typu las, czy miasto, a także na duże mapy świata, które przemierzamy po wyjściu z miasta. Widoczne są na niej lokacje, o których istnieniu już wiemy, a także potwory krążące po okolicy. Należy na nie uważać, bowiem cały czas się przemieszczają i już na początku gry może się zdarzyć, że trafimy na przeciwników, z którymi nie damy sobie rady. Na nasze nieszczęście po zabiciu paczki agresorów w ich miejsce pojawiają się nowi, np. gdy nie zabijemy wszystkich wilków, to zaczną one wyć wzywając pobratymców, którzy szybko przybiegają z odsieczą.

Skoro już jesteśmy przy walce, to warto wspomnieć co nieco o sterowaniu. W Bard’s Tale sterowanie ogranicza się do myszki i kilku klawiszy. Za pomocą myszki poruszamy się po świecie, a klawisze służą do wyboru broni, czarów i wydawania rozkazów wezwanym pomocnikom. Jest to bardzo prosty system i raczej nikt nie będzie miał z nim większych problemów. Wybieranie czarów odbywa się na zasadzie kombinacji klawiszy. Niestety pojawiają się drobne problemy ze sterowaniem postacią. Czasami zdarzało się, że gra nie zauważa, że dawno już puściliśmy klawisz myszki odpowiadający za ruch i nasz bard podąża nadal za kursorem. Czasem w ferworze walki powoduje to niepotrzebny chaos. Podejrzewam, że jest to jedna z niedoskonałości zbyt wiernej konwersji z konsol. O tej wierności świadczy też fakt, że można grać padem, co z pewnością jest precedensem w grach RPG na PC. Jeśli zaś chodzi o samą walkę, to podobnie jak w innych RPGach, zabici przeciwnicy zostawiają po sobie różne skarby. Lecz w grze nie uświadczymy żadnej sakiewki czy plecaka, do których można by było wrzucić nasze znaleziska. Wszelkie przedmioty znalezione na mapie zostają automatycznie zamienione na srebro, które trafia prosto do naszego portfela. Dość ciekawe rozwiązanie, dzięki któremu nie trzeba za każdym razem odwiedzać sklepów tylko po to, by zrobić miejsce w inwentarzu. Natomiast w przypadku, gdy znajdujemy lepszą broń, wówczas automatycznie zostajemy w nią wyekwipowani.

Ciekawie rozwiązano również problem rzucania czarów. Nasz bohater, jako że z instrumentami muzycznymi ma często do czynienia, to dzięki nim może przywoływać różne zwierzęta, czy też postacie, przy pomocy odpowiedniej melodii. Po prostu bard wyciąga swoją mandolinę i po odegraniu „melodii-zaklęcia” na mapie pojawia się określony stworek. Stworzenia te są rozmaite – od wspomnianego wcześniej małego szczura po wielkiego barbarzyńcę z wielkim toporem. W sumie jest ich 16, jedne pomagają w walce, inne leczą. Niestety nie są one niezniszczalne i znikają, gdy zostaną pokonane, tak więc cała sztuka polega na przywołaniu odpowiedniej postaci w odpowiednim czasie. Na samym początku możemy przyzwać tylko jednego pomocnika, lecz w miarę postępów w ratowaniu czarodziejki, ich liczba wzrasta. Dla utrudnienia nieco rozgrywki zdarzają się miejsca, gdzie nie możemy oczekiwać z nikąd pomocy, a przywołane wcześniej postacie znikają. Trzeba przyznać, że czary te bardzo nam pomagają i bez „przyjaciół” przejście gry byłoby praktycznie niemożliwe. Wadą jest fakt, że przez czas grania na mandolinie, nasz bohater jest całkowicie bezbronny i musi uciekać przed ciosami, co psuje nieco radość z walki. Jest też jeden czar, który nie wymaga wykształcenia muzycznego. Co pewien czas znajdujemy w grze kryształy, które przyzywają czarodziejkę, którą mamy uratować. Gdy się pojawia, wówczas leczy zarówno barda, jak i wezwane przez niego stworki. Jest to bardzo przydatny czar, lecz ma jedną zasadniczą wadę – cała gra „zamiera” i zanim minie sekwencja filmowa, w której pojawia się czarodziejka, mija trochę czasu. Najgorsze jest jednak to, że nie można tego obejść i za każdym razem trzeba cierpliwie oglądać pojawiającą się czarodziejkę.

Jednak Bard’s Tale posiada cechę, dzięki której wyróżnia się z tłumu RPGów i potrafi przykuć gracza do monitora na dłużej. Jest nią wszechobecny humor, sarkazm i ironia. Już sam główny bohater jest przykładem postaci, która zwykle nie pojawia się jako „ten dobry”. W świecie gier ciężko znaleźć tak wyrazistą postać – przypomina mi on skrzyżowanie Billa Boba Thortona (z filmu Zły Mikołaj) z głównym bohaterem filmu Robin Hood: Faceci w Rajtuzach. Jak się okazuje, podobieństwo to nie wzięło się z niczego. Wcale nie kryje, że chodzi mu w tym wszystkim o zaspokojenie własnych potrzeb. Jest to człowiek, który przechodzi przez życie po najmniejszej linii oporu. Typowy anty-bohater. Lecz pod tą skorupą cynizmu od czasu do czasu pojawia się człowiek posiadający ludzkie odruchy. Z premedytacją są one mu wytykane przez narratora, który „na żywo” komentuje wszelkie poczynania naszego bohatera. Ten też nie kryje się wcale, że ma barda „w głębokim poważaniu”. Nie szczędzi mu uszczypliwych uwag, a dość często nawet dochodzi między nimi do słownych utarczek, co z pewnością w grach jest rzeczą rzadko spotykaną. Rozmowy z postaciami spotkanymi w czasie gry to też ciekawostka, bowiem nie ma tutaj listy odpowiedzi „do wyboru”. Zastosowane tu dość ciekawe rozwiązanie, a mianowicie u góry ekranu pojawiają się dwie maski – jedna uśmiechnięta, druga nie. Pierwsza oznacza niemiłą odpowiedź, druga – jeszcze bardziej niemiłą. Rozmówcy wcale nie pozostają nam dłużni i również starają się nas zmieszać z błotem. Na szczęście (lub nieszczęście), decyzje podejmowane w trakcie tych właśnie rozmów mogą wpłynąć na przebieg nawet całej gry. Wystarczy nie przeprosić pewnego staruszka, a pod koniec gry pojawia się on skutecznie utrudniając nam życie. Nie oznacza to jednak, że trzeba być miłym dla każdego… Czasem obelgi sprawią, że zyskamy więcej, niż byśmy się spodziewali.

W angielskiej wersji gry w barda wcielił się Cary Elwes, znany między innymi z głównej roli w komedii Robin Hood: Faceci w Rajtuzach – stąd to podobieństwo. Wszystkie postacie mówią ze szkockim akcentem, kalecząc język na tyle skutecznie, że klimat gry jedynie na tym zyskuje. Natomiast w tle przygrywa nam świetnie brzmiąca instrumentalna muzyka, która doskonale pasuje do gry i prezentowanej na ekranie monitora rozgrywki. Dodatkowo w polskiej wersji gry usłyszymy głosy Piotra Fronczewskiego i Borysa Szyca. Posłuchamy również polskich piosenek napisanych specjalnie na potrzeby tej produkcji.

Do obowiązków recenzenta należy wydanie oceny końcowej, na jaki dany tytuł zasługuje. Jeśli chodzi o Bard’s Tale to mogę z całą świadomością w 10-stopniowej skali przyznać jej „siódemkę”. Głównie z powodu ogromnej dawki humoru, którą ta produkcja jest niemal przesiąknięta. Lecz ci, którzy szukają klasycznego RPG z masą zadań pobocznych i rozbudowanym systemem statystyk niech lepiej nie kupują tej gry, bo się tylko zawiodą. Natomiast Ci, którzy szukają dobrej, prostej rozgrywki na długie wieczory, a w dodatku nie są zbyt wymagający, powinni się przy Bard’s Tale naprawdę dobrze bawić. W wersjach na konsole gra zyskała wysokie noty. Najwidoczniej nie da się „żywcem” przenieść gry z konsoli na PC, by ta nie straciła na jakości i grywalności. Wystarczy jednak odrzucić na bok uprzedzenia do gier konsolowych i upajać się rozgrywką. Choć potrafi ona czasem sprawić, że z ust wymknie się jakieś niecenzuralne słowo, to jednak zdecydowanie częściej na mojej twarzy pojawiał się przysłowiowy „rogal”.

Info:

Gatunek: RPG
Oficjalna strona gry: www.thebardstale.com
Producent: InXile (www.inxile-entertainment.com)
Wydawca: Ubisoft (www.ubi.com)
Dystrybutor PL: Cenega Poland (www.cenega.pl)
Cena: 99,90 zl
Ceneo

Minimalne wymagania sprzetowe:
Pentium III 900 Mhz
256MB RAM
1GB HDD
DVD-ROM 4x
Karta grafiki: GeForce FX, ATI Radeon X300/9500 lub lepsza (obsługująca DirectX Vertex Shader minimum w wersji 1.1

Karta muzyczna: Zgodna z DirectX
Windows 98/ME/2000/XP

Składam podziękowania za współpracę firmie Cenega Poland

Joszko

Podyskutuj na forum

Powiązane:

  1. Tale of a Hero – demo
  2. The Bard’s Tale wkrótce trafi na iPhone i iPada
  3. Wystartowała oficjalna strona internetowa gry Tale of a Hero
  4. Bard’s Tale PL
  5. ArcaniA: A Gothic Tale w przyszłym roku



« »

Zostaw komentarz