» Basza | sobota, 27-2-2010 0:35

Firma Bioware już nie raz udowodniła, że na tworzeniu gier wideo znają się jak mało kto. W dodatku doskonale potrafią wyczuć potrzeby współczesnego gracza, bo przecież przed laty udostępnili światu dość hardcorowe RPGi, jakimi były dwie części Wrót Baldura, by niedługo potem nieco spuścić z tonu i dać nam zagrać w równie świetne, lecz już bardziej przystępne Neverwinter Nights, Star Wars: Knights of the Old Republic czy Jade Empire. Za to Mass Effect był niejako kolejnym etapem ewolucji gatunku RPG, gdyż elementów charakterystycznych dla gier fabularnych było jak na lekarstwo, a całość zdominowana była przez sytuacje, w których celne oko i szybkie wciskanie „spustu” było kluczem do sukcesu. Najważniejsze jest jednak to, że produkcja ta prezentowała się wręcz wybornie, a to za sprawą doskonałej fabuły, dynamicznej i wciągającej rozgrywki oraz niezwykłego, tętniącego życiem świata, wykreowanego przez speców z Bioware’u. Nic więc dziwnego, że pewnie większość z Was czekała na kontynuację Mass Effecta. Ten dzień już nadszedł, a ja jestem na świeżo po zakończeniu najnowszej przygody Sheparda i już Wam mogę powiedzieć jedno – warto było czekać.

Mass Effect 2 zaskakuje od pierwszych minut, gdyż zaraz po wyborze postaci (niekoniecznie musi to być Johnny przystojniacha) akcja przenosi się na pokład Normandii, który chwile później zamienia się w dryfujące w przestrzeni kosmicznej kawałki metalu. Nie muszę chyba dodawać, że podobny los spotyka zdecydowaną większość załogi oraz głównego bohatera, Sheparda. Dokładnie tak – ten międzygalaktyczny heros, wybawca ludzkości ginie zaraz na początku gry… by niedługo później obudzić się w jednym z pokojów na nieidentyfikowanej placówce. Po chwili dowiadujemy się, że jedna z potężnych korporacji postanowiła przywrócić go do życia, bowiem po raz kolejny życiu obywateli każdej z ras zamieszkujących tamtejszy świat grozi ogromne niebezpieczeństwo, nieporównywalnie większe, niż Żniwiarze i Gethowie z pierwszej części. Za wiele nie chcę tutaj zdradzać, by nie psuć nikomu zabawy, ale śmiało mogę stwierdzić, że fabularnie „dwójka” zjada pierwszą część na śniadanie.

Główny wątek skupia się na lataniu od planety do planety całego układu gwiezdnego (który tak na marginesie jest znacznie mniejszy niż w „jedynce”) oraz kompletowaniu ekipy zdolnej przeciwstawić się potężnemu przeciwnikowi. Każdy ze świeżo zwerbowanych pomocników to niezły charakterek z własną historią oraz problemami, czy to rodzinnymi, czy też związanymi z „koszmarami przeszłości”,z którymi w końcu musi sobie poradzić. W Mass Effect 2 pojawia się kilku bohaterów znanych z pierwszej części, lecz zdecydowana większość to zupełnie nowe postacie, od stóp do głów przygotowane na potrzeby kontynuacji (i zapewne trzeciej części, bo ta już powstaje!). Najważniejsze jest jednak to, że każda z tych misji pobocznych (bo jednak nie potrzeba ich zaliczać, by skończyć główny wątek) została świetnie zrealizowana, różni się od siebie i wciąga jak diabli. Aż by się chciało, by było ich jak najwięcej! Same lokacje są jednak znacznie mniejsze, niż poprzedniczce. Cytadelę ograniczono do niewielkiej strefy handlowej i mieszkania jednego z przywódców, a rodzime miasto Krogan przebiegniemy w jakieś 30 sekund. Nieco większa jest Omega, wraz z dwoma potężnymi salami nocnych klubów, kilkoma punktami sprzedaży oraz slumsami, podobnie jak Illium, gdzie również czeka na nas trochę zwiedzania i kilka zadań do wykonania. Ogólnie rzecz biorąc tym razem postawiono na jakość, a nie na ilość, dzięki czemu poszczególne miejscówki co prawda nie powalają swoim ogromem, lecz co jest dla mnie dużo ważniejsze, są w każdym calu dopracowane.

W tym miejscu muszę już wspomnieć o pierwszej, jakże dużej różnicy w stosunku do poprzedniczki, a mianowicie sposób pozyskiwania poukrywanych na przeróżnych planetach misji. Co prawda na starcie każdej z nich ponownie wybieramy jedynie dwóch pomocników (jeśli fabuła tego wymaga jednego z dostajemy z urzędu), by następnie wylądować na powierzchni jakiejś planety lub pokładzie statku. Całe szczęście zrezygnowano z latania i przeszukiwania każdej z planet wzdłuż i wszerz kierując „wyskokowym” Mako. Nie ma też żmudnego jeżdżenia i poszukiwania poukrywanych surowców, artefaktów czy właśnie dodatkowych zadań. Otóż w dwójce wystarczy podlecieć do odpowiedniej planety, a następnie przeskanować ją w poszukiwaniu jednego z czterech różnych surowców (są nimi: Pierwiastek zero, Iryd, Platyna oraz Pallad) i wystrzelić sondy. Natomiast wszelakie anomalie zaobserwowane podczas skanowania oznaczają, że gdzieś tam czeka na nas nowe zadanie. Co więcej, każda z tych misji w żaden sposób nie będzie do siebie podobna, jak to bywało w pierwszej części Mass Effecta (ile to razy przemierzało się praktycznie te same sieci korytarzy i pomieszczeń…), podobnie zresztą jak i postawione przed nami cele. Dzięki takiemu zabiegowi nawet po wyczerpującym dniu w pracy do pierwszej czy drugiej w nocy siedziałem przed monitorem z zapartym tchem, wciągnięty w wir niesamowitych wydarzeń i jedyne co chciałem, to poznawać dalsze losy grupki bohaterów.

W ogóle rozmowy z przyjaciółmi, wrogami, jak i wszystkimi pozostałymi NPCami to kwintesencja tej produkcji. Nie dość, że są one naprawdę ciekawe i wszelkich kwestii dialogowych słucha się wyjątkowo dobrze, to w dodatku zrealizowano je w wyjątkowy sposób, by nie wpatrywać się głupio w pojawiające na ekranie linijki tekstu, a naprawdę w rozmowie uczestniczyć. Otóż nasza postać określona jest przez dodatkową cechę, a mianowicie wskaźnik moralności, który pojawił się również w pierwszej odsłonie serii. Jeśli staramy się wysłuchać napotkanych osób, pomagać im w rozwiązywaniu problemów, czy też próbujemy pokojowo załagodzić wszelkie waśnie, to wówczas rośnie poziom prawości. Gdy natomiast mamy gdzieś, co inni nam mówią, a jedynym właściwym środkiem w trakcie rozmów jest obrażanie innych, które ostatecznie prowadzi do rozlewu krwi, to mamy jak w banku, że to w błyskawicznym tempie podskoczy egoizm głównego bohatera. Co ciekawe, odpowiednio wysoki poziom tychże wskaźników powoduje pojawianie się dodatkowych linii dialogowych, które albo nam znacznie pomogą w konkretnej sprawie, albo też jeszcze bardziej ją skomplikują. Dodatkowo ten aspekt gry usprawniono o tzw. Quick Time Event, czyli sytuacje, w których w odpowiednim momencie trzeba wcisnąć któryś z przycisków. W przypadku najnowszej produkcji studia Bioware w niektórych momentach (szczególnie tych ważnych) podczas konwersacji z innymi osobami na ekranie monitora miga czerwony lub niebieski znaczek informujący nas o tym, że należy wcisnąć lewy lub prawy klawisz myszy. Jednak to od gracza zależy, czy to zrobi, ponieważ te pierwsze wpływają na egoizm bohatera, a drugie na jego prawość, więc przed ich aktywowaniem lepiej dwa razy się zastanowić, czy na pewno warto.

No dobra, dość już o tym całym gadaniu. Najwyższy już czas omówić to co dla wielu z pewnością jest najważniejsze, a mianowicie napisać co nieco o elementach RPG oraz o samym strzelaniu. Jeśli o to pierwsze chodzi, to zanim o nich cokolwiek napiszę, proszę najwierniejszych fanów pierwszej części o zażycie czegoś na uspokojenie. Otóż Bioware, brzydko mówiąc, wykastrował Mass Effecta 2 z większości z nich, przez co całość praktycznie nie przypomina już role-playa, a prezentuje się jak najzwyklejsza gra akcji. Możecie zapomnieć o plecaku i całej masie żelastwa, które można było nosić przy sobie. Nie ma też złożonych drzewek umiejętności, brakuje statystyk głównych bohaterów (choć samo zdobywanie „expa” oraz wskaźniki zdrowia oraz tarcz pozostały), a sama walka nie opiera się już na matematycznych obliczeniach, lecz w głównej mierze zależy od naszych umiejętności i celnego oka (headshoty czynią cuda!). Chyba nikt nie spodziewał się aż tak rewolucyjnych rozwiązań i niektórzy z pewnością będą na nie kręcić nosem, niemniej tak po prawdzie w taką wersję Mass Effecta gra się dużo lepiej i jakoś nie wyobrażam sobie powrotu do pierwszej części i tamtejszego stylu rozgrywki.

Jak już wspomniałem wcześniej, przed każdym z zadań wybieramy dwóch naszych kompanów, dobieramy zarówno nasze, jak i ich uzbrojenie (Shepard w jednym momencie może nosić pięć różnych broni, a pozostali jedynie dwa rodzaje), a po chwili cała trójka przenosi się w konkretne miejsce. Jeśli o wspomniane „pukawki” chodzi, to czasem warto zastanowić się dłużej nad ich wyborem, bo wiadome jest, że miotacz płomieni będzie znacznie skuteczniejszy w konfrontacji z ludźmi, i to najlepiej wewnątrz budynków, a działko pulsacyjne poradzi sobie lepiej z gethami czy innymi mechanicznymi przeciwnikami. Gdy już przejdziemy do właściwej gry, to wszystko na pierwszy rzut oka wygląda dokładnie tak, jak pierwszej części, lecz z czasem zauważymy spore wręcz zmiany. Pojawiła się dynamiczna kamera podczas biegu, która od razu skojarzyła mi się z Gears of War, usprawniono także system osłon o kilka dodatkowych bajerów. Lifting przeszło także menu wydawania rozkazów podczas aktywnej pauzy, dzięki czemu aktywowanie umiejętności i ustalanie pozycji pomagierów jest znacznie łatwiejsze (wystarczą dwa klawisze). Nieco inaczej korzysta się też z mediżelu – teraz możemy przechowywać zaledwie kilka sztuk tego surowca, a pełni on po prostu rolę apteczek i „ożywia” tych, którzy padli pod naporem wroga.

Wspomniałem też o całkowitym braku drzewka umiejętności, choć oczywiście tych zabraknąć nie mogło i kilka i tak się pojawia. Rozwija się je podobnie, jak to było w pierwszej części, za zdobyte za każdy poziom doświadczenia punkty, choć na tym kończą się podobieństwa. Tym razem maksymalnie mogą one osiągnąć czwarty stopień, a jego uzyskanie prowadzi do zdobycia mistrzostwa w danej dziedzinie. Każda z postaci zwykle dysponuje trzema odmiennymi „wspomagaczami” oraz ogólną cechą zwiększającą jej umiejętności czy skuteczność podczas walki, lecz u prawdziwych wojaków z karabinami w rękach jedna lub dwie dotyczą zmiany rodzaju amunicji, a trzecia zwykle pozwala na aktywowanie dodatkowego pola ochronnego. Biotycy za to potrafią przyciągać przeciwników, zapalać ich czy rzucać z impetem o posadzkę. Zadbano również o to, by w razie jakiś pomyłek można było przydzielić punkty talentów od nowa, choć nie jest to darmowe i na za taką przysługę trzeba poświęcić nieco surowców. Jednym słowem całość uproszczono do granic możliwości, lecz w praktyce sprawdza się to bardzo dobrze, bo nie trzeba się zbyt długo zastanawiać nad tym, czym by tu poczęstować stojącego nam na drodze jegomościa, tylko walimy w niego czym popadnie i lecimy dalej. Choć tak jak mówiłem wcześniej, pewnie spora część graczy będzie miała zdecydowanie inne zdanie w tej kwestii. Niestety wszystkich nie da się uszczęśliwić…

Świetnie też poradzono sobie z tym, w jaki sposób pozyskujemy nowe rodzaje broni oraz zbroi, polepszamy ich statystyki, a także zwiększamy możliwości niektórych z kompanów. Skoro w grze nie ma żadnego inwentarza, a o podnoszeniu walających się po ziemi narzędzi destrukcji czy nowych armorków nie ma absolutnie mowy, stąd też pojawiła się możliwość opracowywania przeróżnych technologii w centrum badawczym na pokładzie Normandii. Wystarczy bowiem znaleźć podczas misji nowoczesną broń, czy wykraść z komputera jakiś projekt zwiększenia mocy biotycznych czy nowego rodzaju pancerza znacznie obniżającego obrażenia i po wykonanej misji samemu można opracować wszelkie pozyskane ulepszenia. Czasem też takowe „powerupy” zakupimy za niemałe pieniądze od niektórych z handlarzy gdzieś w galaktyce, także warto odwiedzać takie miejsca, bo ostatnie etapy gry mogą być dla Was drogą przez mękę. Jednak nowych technologii nie opracujemy za darmo, tylko trzeba za nie zapłacić surowcami, które to pozyskuje się ze skanowanych planet, o czym napisałem już kilka akapitów wcześniej. Najważniejsze jest to, że całość ma ręce i nogi i doskonale pasuje do ogólnego charakteru rozgrywki.

Fajnie zrealizowano także dwie mini-gierki, które pojawiają się w momentach, gdy chcemy zhakować jakiś komputer czy sejf, bądź też otworzyć zamknięte drzwi, szafkę lub skrzynię z suwenirami. Pierwsza z nich to prosta i znana zabawa, w której to dziesięć rozrzuconych po ekranie „klocków” trzeba połączyć w pięć par, natomiast w drugiej naszym zadaniem jest dopasowanie trzech fragmentów tekstu do podanego wcześniej wzoru. Nie muszę chyba dodawać, że oba te zadania należy wykonać w odpowiednim czasie oraz przy niewielkim marginesie błędu, także o chwili na zastanowienie można zapomnieć. Z jednej strony stanowią one miły przerywnik dla wyjątkowo szybkiej rozgrywki, z drugiej zaś chciałoby się zdecydowanie większej różnorodności tego rodzaju dodatków, gdyż naprzemienne wykonywanie każdej z nich po pewnym czasie zwyczajnie nuży i niekiedy miałem już ich serdecznie dość. No ale wygląda na to, że nie można mieć wszystkiego.

Zapomniałem wspomnieć o jeszcze jednej, niezwykle istotnej dla wielu graczy opcji, a mianowicie możliwości grania w kontynuację przygód komandora Sheparda przy wykorzystaniu ostatniego zapisu gry z pierwszej części. Ja co prawda z takiej możliwości nie skorzystałem, ponieważ nie tak dawno miałem przymusową wymianę uszkodzonego twardziela i musiałem pożegnać się z save’ami. A szkoda, bo ich wykorzystanie daje spore bonusy na starcie, w postaci dodatkowego doświadczenia czy kilku punktów prawości lub egoizmu extra. Poza tym nasi rozmówcy potrafią nam wypomnieć jakieś zdarzenia z przeszłości, które to miały miejsce właśnie w pierwszej części gry Mass Effect. Z tego co jednak słyszałem nie wpływają one w żadnym stopniu na nastawienie innych postaci do naszego bohatera, lecz to i tak przyjemny bonusik dla fanów serii.

Nie zabrakło również małej, „masseffectowej” encyklopedii, czyli popularnego Leksykonu, w którym to lądują wpisy na temat odwiedzanych miejsc, poznawanych ras, technologii czy najróżniejszych umiejętności każdego z bohaterów. Oprócz tego mamy jeszcze skromny i czytelny dziennik zadań głównych oraz pobocznych, który znacznie ułatwia nam życie, bo nieraz na koncie miałem kilka rozpoczętych misji i bez takiej pomocy łatwo byłoby się w tym wszystkim pogubić. A co poza tym? Właściwie już niewiele, choć warto wspomnieć o kajucie komandora na pokładzie Normandii, gdzie możemy ubrać bohatera w nowe ciuszki, upiększyć jego zbroję lub wyposażyć go w nowy hełm. Oprócz tego u kupców można nabywać modele statków, które następnie ląduję w oszklonej gablocie, jak również stać się posiadaczem… chomika oraz kilku prześlicznych rybek, które w każdej chwili można podziwiać w prześlicznym, sporej wielkości akwarium. Trzeba też o nie dbać, bo jeśli zapomnimy ich nakarmić, to szybciutko zaczną pływać brzuszkami do góry.

Cieszy również fakt, że Electronic Arts dba o wszystkich tych, którzy grają w oryginalne produkcje, udostępniając im dodatkowe, zupełnie darmowe treści. Otóż po instalacji Mass Effecta 2 wystarczy zarejestrować się na stronie Bioware’u i po krótkiej chwili można bez problemu pobrać dodatkową misję na jednej z zaśnieżonych planet, na której znajduje się… wrak Normandii (akcji tam nie ma za wiele, ale dla wszystkich miłośników pierwszej części będzie to niezapomniana przygoda), jak również zupełnie nową postać (Zaeed Massani), a wraz z nią nowe misje do wykonania. Ostatnio pojawiły się także nowe rodzaje broni i pancerza, więc można przypuszczać, że takowe gratisy będą nam udostępniane w miarę systematycznie. Oczywiście można również pobrać stamtąd mnóstwo innych rzeczy, za które zapłacimy już prawdziwymi pieniędzmi, lecz w żadnym stopniu nie są to przedmioty niezbędne do „zaliczenia” tej pozycji i da się bez nich żyć.

Ogromny podziw budzi też strona techniczna tej produkcji, i gdybym miał jednym słowem podsumować jej grafikę, utwory muzyczne oraz przeróżne usłyszane podczas rozgrywki dźwięki, powiedziałbym „oszałamiające”. Jednak grzechem byłoby nie pozachwycać się nad kunsztem grafików ze studia Bioware, gdyż odwalili oni kawał pierwszorzędnej roboty. Postacie wyglądają jak żywe, a najbardziej powalają facjaty przedstawicieli innych ras – tak doskonale wyglądających twarzy Obcych nie widziałem jeszcze w żadnej innej produkcji! W podobnych słowach mogę wyrazić się o praktycznie każdej lokacji – już na początku rozgrywki zobaczycie skąpany w świetle kolorowych neonów klub nocny na Omedze (wraz z odjazdowymi tancerkami!), a pod koniec niesamowite scenerie na jednej z odwiedzanych planet. Możecie być pewni, że te widoki (i wiele innych) pozostaną na dłużej w Waszej pamięci. Co jeszcze zachwyca? Na pewno animacja postaci, doskonałe efekty świetlne oraz dopracowany silnik graficzny (swoją drogą całość hula na Unreal Engine, tym razem podrasowanym do numerka 3.5), dzięki czemu na nie najmłodszym sprzęcie, który trzymam pod biurkiem, Mass Effect 2 ani na sekundę nie tracił na płynności i to w wyjątkowo wysokiej rozdzielczości i w maksymalnych detalach! Jedyne, do czego mógłbym się przyczepić to znikanie lub dziwne „teleportowanie się” postaci podczas dialogów oraz blokowanie się Sheparda w dwóch lub trzech miejscach podczas rozgrywki. Wówczas trzeba było ratować się ostatnim zapisem gry, co to troszkę wkurzało, lecz właśnie udostępniono najnowszą łatkę, która zapewne wyeliminuje te błędy. Omawiając stronę dźwiękową wystarczy powiedzieć, że trzyma ona podobny, równie wysoki poziom i choć jakoś w pamięci nie utrwalił mi się żaden z utworów słyszanych w grze, to i tak doskonale pasowały one do tego, co aktualnie działo się na ekranie monitora. Generalnie za technikalia należą się nie tylko najwyższe noty, ale również ogromne brawa dla producentów.

Osobny akapit należy się polonizacji Mass Effecta 2, która to jest jedną z największych (i zapewne najkosztowniejszych) lokalizacji w historii. Nie dość, że tekstu do przetłumaczenia było naprawdę sporo i większych wpadek nie zauważyłem, to w dodatku postarano się o niemałą grupkę mniej lub bardziej znanych aktorów i innych artystów podkładających swoje głosy pod głównych bohaterów gry. W tym jednak przypadku już nie ma się czym zachwycać, bo większość z nich brzmi po prostu sztucznie i zupełnie nijako. Wygląda to tak, jak jakby niektórzy z tych „profesjonalistów” nie zauważyli, że nie są już na planie jakiejś telenoweli czy innej szmiry, w których na co dzień grywają. Trochę to smutne, bo wzięli za to pewnie niemałe pieniądze, a efekt jest co najwyżej zadowalający. Dlatego jeśli choć trochę znasz angielski to odpal Mass Effecta 2 jedynie z polskimi napisami i oryginalnymi, angielskimi głosami, to wówczas przekonasz się, jak każda postaci powinna naprawdę brzmieć. Takie nazwiska jak Martin Sheen, Carrie-Anne Moss, Adam Baldwin czy Seth Green mówią same za siebie. Co prawda EA „nieco” utrudniło nam odpalenie takowej wersji, nawet mimo tego, iż wcześniej twierdzili, że bez problemów będzie można wszystko zmienić z poziomu menu głównego. Na szczęście wystarczy nieco pogrzebać w internecie, by znaleźć odpowiedni poradnik, który pozwoli nam wybrać właśnie taką formę polonizacji.

Nieubłaganie zbliżamy się do końca tej recenzji, więc czas już na ostateczny werdykt. Ja jednak nie miałem z nim żadnych problemów i śmiało mogę stwierdzić, że Mass Effect 2 to jedna z najciekawszych i najpiękniejszych gier, w jakie kiedykolwiek grałem. A mówiąc o jej pięknie wcale nie mam na myśli wyłącznie grafiki, która rzeczywiście powala swoją jakością, lecz przede wszystkim doskonałą fabułę, dzięki której poszczególne wątki niekiedy łapią za serducho, innym razem wstrząsają do głębi bądź też powodują smutek lub radość. To złożona i genialna w każdym niemal calu produkcja, która na stałe zagości w pamięci miłośników gier komputerowych. Co prawda mamy dopiero początek marca, lecz już teraz mogę powiedzieć, że dzieło firmy Bioware bez wątpienia jest kandydatem do miana najlepszej gry 2010 roku. No i oczywiście czekam już na kolejną część sagi, bo przecież tak wspaniałych historii nigdy nie powinno się kończyć.

PS. Jak pewnie zauważyliście, grze Mass Effect 2 przyznałem „zaledwie” dziewięć oczek, choć z treści recenzji może wynikać, że to gra „na dychę”, pozbawiona jakichkolwiek błędów. Jednak tak wysokiej noty jeszcze nigdy żadnej produkcji nie dałem (i pewnie nie dam), także patrząc na ocenę miejcie świadomość, że to taka super mocna dziewiątka z dwoma plusami. No i oczywiście z w pełni zasłużoną rekomendacją!

Info:

Gatunek: gra akcji
Oficjalna strona gry: eu.masseffect.com
Producent: Bioware
Wydawca: Electronic Arts
Wydawca PL: EA Polska
Cena: 139,99 zł

Wymagania:
Procesor: Intel Core2Duo 1.8GHz lub odpowiednik AMD
Pamięć: 1 GB RAM (Windows XP) / 2 GB RAM (Windows Vista/Windows 7)
Karta grafiki: 256 MB z obsługą Pixel Shader 3.0
Napęd: DVD 1x
Miejsca na HDD: 15 GB
System operacyjny: Windows XP (SP3) / VISTA (SP1) / Windows 7

Składam podziękowania za współpracę firmie EA Polska

Radosław „Basza” Szewczyk

Podziel się z innymi: These icons link to social bookmarking sites where readers can share and discover new web pages.
  • Digg
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Gwar

Powiązane:

  1. Mass Effect 2 na początku 2010 roku
  2. Aż 700 wyborów w Mass Effect wpływało na sequela
  3. Nagrodą za ukończenie Mass Effect Galaxy jest coś w Mass Effect 2
  4. BioWare potwierdza Mass Effect na iPhone
  5. Mass Effect także na PC!


Voodoo Guild on Facebook


« »

Zostaw komentarz

Anti-Spam Protection by WP-SpamFree