» Basza | piątek, 31-7-2009 23:40

nfsundercoverpsplogo

Need for Speed: Undercover był jednym wielkim rozczarowaniem. Owszem, niektórym mógł się spodobać, chociażby mi, bo testując tę produkcję bawiłem się na tyle dobrze, że postanowiłem wystawić jej „siódemkę”, lecz nie zmienia to faktu, że absolutnie wszyscy spodziewali się po niej znacznie więcej. Miejmy nadzieję, że kolejna odsłona serii – odmieniony NFS: Shift, wyniesie ją ponownie na piedestał. Cofnijmy się jednak w przeszłość, bowiem właśnie miałem okazję przetestować „przenośną” wersję NFS: Undercovera. Od razu Wam jednak zdradzę, że obcowanie z tą pozycją do najprzyjemniejszych nie należało…

Pierwszy kontakt z najnowszą produkcją studia Black Box w wersji na PSP napawał optymizmem i nic nie zwiastowało katastrofy, która nastąpiła później. Ładnie wykonane menusy, przyjemna muzyczka w tle, a po wyborze rozgrywki w trybie dla pojedynczego gracza pojawił się znany z potężniejszych platform sprzętowych filmik zaznajamiający nas z fabułą gry. Wcielimy się w postać gliniarza „pod przykrywką”, a naszym zadaniem jest rozbicie szajki złodziei superszybkich samochodów, która działa w fikcyjnym mieście Tri-City. Nie od razu dobierzemy się do tyłka grubym rybom, dlatego też na początku trzeba będzie zająć się płotkami, a o kolejnych celach informuje nas wyjątkowo pociągająca agentka FBI (w tej roli zobaczymy znaną azjatycką aktorkę Maggie Q). Mimo sporych chęci producentom nie udało się stworzyć nazbyt przekonywującej historii o miłości i zdradzie. Ta jest niestety trywialna, lecz kto by się w Need For Speedzie fabułą przejmował – tutaj, jak sama nazwa wskazuje, najważniejsza jest prędkość!

Odpaliłem więc pierwsze zadanie i… czar prysł. Mimo niezgorszej grafiki i przede wszystkim płynnej animacji, której brakowało next-genowym wersjom od razu można było zobaczyć, że coś tutaj do końca nie grało. Przenośny Undercover jest potwornie wręcz wolny, a dodatku przy kamerze ustawionej za pojazdem auto „pływa” po jezdni, jakby to nie był wyścig po asfaltowych ulicach, lecz jakiś „taniec na lodzie”. Całe szczęście jest jeszcze jeden widok „ze zderzaka”, który spisuje się znacznie lepiej, lecz zapewne wielu graczom taki sposób obserwowania rozgrywki może nie pasować, w szczególności, gdy prowadzi się najnowsze, nieziemsko wyglądające bryki.

A odjechanych fur jest całe zatrzęsienie i to z pewnością duży plus tej produkcji. W trakcie gry będziemy mogli zasiąść za kółkiem najnowszych modeli Mazdy, Nissana, Porshe, BMW, Lamborghini i wielu, wielu innych samochodów z całego świata, lecz te najlepsze dostępne są dopiero w dalszych etapach gry. By je zdobyć, trzeba mieć oczywiście pieniądze, a te pozyskujemy dzięki wygrywaniu kolejnych imprez. Mamonę można również przeznaczyć na tuning (możemy zmodernizować pięć elementów pojazdu), lakierowanie oraz kupno spojlerów, alufelg i innych bajerów. Oprócz powiększania stanu gotówkowego poprawiamy także nasze notowania w mieście, dzięki czemu z czasem możemy skorzystać z mocy coraz to lepszych samochodów. Ogólnie rzecz biorąc wszystko wygląda dokładnie tak samo, jak w dziesiątkach innych gier z tego samego gatunku, lecz niestety z NFS: Undercover coś jest nie tak.

Przede wszystkim mocno zawalono z ustalaniem możliwości poszczególnych pojazdów, dzięki czemu pojawiającym się mniej więcej po godzinie gry Chryslerem Hemi 300C byłem w stanie spokojnie zaliczyć osiemdziesiąt procent gry. Nie mam pojęcia dlaczego ta fura miała tak wysoki wskaźnik prędkości maksymalnej (bynajmniej na nazbyt szybką nie wygląda), lecz po odpowiednim tuningu nie było na mnie mocnych. Dopiero w momencie, gdy za przeciwników miałem takie demony prędkości, jak Lamborghini Gallardo, Audi R8 czy Pagani Zonda F pojawiły się kłopoty i musiałem wymienić sprzęt na nowszy, lecz wówczas na koncie miałem tyle kasy, że z miejsca kupiłem najlepszą dostępną brykę i władowałem pod maskę wszystko, na co garaż pozwolił. Kolejną głupotą jest wykorzystanie spowolnienia, które w wersji PC miało sens w momencie, gdy na drodze stały złożone z radiowozów oraz kolczatek barykady. Tutaj takowych nie ma. Naprawdę, ani razu nie natrafiłem na jakąkolwiek przeszkodę na drodze (nie licząc pościgów), dzięki czemu z tego bajeru korzystałem… przy wchodzeniu w ciasne bądź ostre zakręty. Jaki to ma sens? Ano taki, że przy wspomnianym spowolnieniu samochodem dużo łatwiej się manewruje, nie wytracając przy tym prędkości. Nie mam pojęcia, czy akurat na tym programistom ze studia Black Box zależało, ale jak dla mnie takie rozwiązanie jest po prostu niedorzeczne.

Kolejny szok przeżyłem, gdy zobaczyłem całą mapę miasta Tri-City. Jak sama nazwa skazuje, składa się ono z trzech dzielnic, lecz w porównaniu z PCtową wersją, każda z nich jest tak potwornie mała, że aż żal na to patrzeć. Co powiecie na to, że składają się one z pięciu do ośmiu powykręcanych i poprzeplatanych ze sobą ulic, a całość zwykle okala jakaś obwodnica. Poszczególne dzielnice połączone są one ze sobą, jedną stosunkowo wąską autostradą i to w zasadzie już wszystko. Nie ma tutaj żadnych skrótów, przesmyków, nie rozbijemy też żadnego ogrodzenia, by przejechać przez boisko sportowe lub trawnik przy posesji. No i najważniejsze – nie uświadczymy żadnych dających się zniszczyć elementach otoczenia, które nie raz ratowały nam zadek, gdy na ogonie mieliśmy składający się z kilku radiowozów pościg. Te walące się mosty, spadająca z wysoka reklama, czy wielgachne rury lecące z podnośnika prosto policyjne wózki… O tym wszystkim możecie zapomnieć. Nie wiem, dlaczego ktoś odwalił taką fuszerkę, ale przenośna wersja Undercovera została, brzydko mówiąc, wykastrowana ze zdecydowanie najprzyjemniejszego elementu rozgrywki, dzięki któremu przy „blaszakowej” wersji bawiłem się tak dobrze.

Brak możliwości niszczenia elementów otoczenia ma również ogromny wpływ na ogólny obraz misji, które przyjdzie nam wykonywać. Jeszcze zwykłe wyścigi od startu do mety, po zamkniętym torze, czy z zaliczaniem checkpointów są całkiem niezłe, lecz problemy pojawiają się w momencie, gdy przyjdzie nam zaliczać starcia z policją i niszczenie otoczenia. O tym, jak w PCtowej wersji można było niszczyć radiowozy wspomniałem już wcześniej. A jak to wygląda w przypadku edycji przeznaczonej na PSP? Ano tragicznie. Jeździmy bowiem po ulicach z dwoma lub trzema gliniarzami na ogonie i staramy się ich staranować, przygnieść do bandy, skasować. Naprawdę, wzrok Was nie myli – rozgrywka zmienia się w istne Destruction Derby z tym, że prowadzony przez nas wóz jest absolutnie nietykalny, a z samochody policyjne zaczynają dymić, gdy widoczny nad nimi czerwony wskaźnik zaczyna się kurczyć. Zabawa wygląda tak, że non stop robimy bączki, wykręcamy na spowolnieniu i staramy się z całej siły wrypać w charakterystycznie wymalowany samochód i tak do momentu, gdy rozwalimy wymaganą ich ilość. Nie muszę chyba dodawać, że zabawa jest na czas. Tylko poczekajcie z tymi wybuchami śmiechu (z politowania) – najlepsze dopiero przed Wami. Najwyższy już czas omówić jak wyglądają misje, w których naszym zadaniem jest uzbieranie odpowiedniej kwoty poprzez niszczenie wszystkiego co się da. W przypadku tego rodzaju zadań najprawdopodobniej wyjątkowo długo myślano, jak to rozwiązać i autorzy doszli do wniosku, że najlepszym wyjściem będzie… jechanie na czołówki z wszystkim, co nam podjedzie pod maskę! Cywilne minivany, ciężarówki, samochody rodzinne, taksówki – we wszystkie te pojazdy trzeba przywalić (lub przynajmniej sensownie się o nie „otrzeć”), dzięki czemu stan naszego konta poprawi się o odpowiednią kwotę. Oczywiście można też kasować ławki, pachołki, słupki i znaki drogowe, ale kto by się tam taką mało dochodową drobnicą przejmował, gdy za taką taksę zdobywamy od razu ponad 7 tysięcy dolców. A przy mnożniku „x2” (zupełnie nie miałem pojęcia, dlaczego się on zwiększa…) mamy już ponad 14 kawałków! Istna paranoja!

Zawalono także przy pojedynkach „jeden na jeden” w poszczególnych dzielnicach miasta i na autostradach. W przypadku tych pierwszych tor jazdy sterowanego przez AI przeciwnika jest do bólu przewidywalny, dzięki czemu nigdy nie wywinie Ci on jakiegoś zawijasa przed nosem. Jednak najbardziej wkurzyło mnie to, że gdy jechałem jako pierwszy i zaraz za zakrętem starałem się zrobić efektownego bączka i nawrot o 180 stopni zostawiając pędzącego w drugą stronę oponenta w efektownym dymku, to zawsze traciłem prowadzenie i nagle to ja zostawałem tym, który musi gonić. Nie muszę chyba dodawać, że w 99 procentach nie miałem już żadnych szans na jego doścignięcie i jedyne co mi zostawało, to powtórzenie wyścigu. Jeśli o pościgi na autostradach chodzi, to przede wszystkim brakuje mi tutaj natężonego ruchu drogowego, dzięki czemu ucieczka i obstawienie ścigającego, szczególnie po użyciu nitro, jest banalnie proste. Najgorsze jest to, że nawet mimo tak małej ilości aut na drodze nasz przeciwnik zawsze wyląduje komuś na zderzaku, co wiadomo jak się kończy – łatwą wygraną.

Skoro już o głupocie sztucznej inteligencji wspomniałem, to warto rozwinąć temat, bo uwierzcie mi, jest o czym pisać. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj zachowanie radiowozów na drodze, które jeżdżą tak, jakby za ich kierownicami siedziało co najwyżej stado pawianów (bez urazy). No bo jak mogę myśleć inaczej, skoro jadąc prawie 300 km/h po autostradzie widzę charakterystycznie migoczący wóz nadjeżdżający z naprzeciwka, a ten nagle, zupełnie bez powodu na pełnym gazie wykonuje on skręt o 90 stopni i ląduje na metalowej bandzie. Wygląda to po prostu komicznie. Jeszcze ciekawiej było w sytuacjach, gdy na ogonie miałem dwa lub trzy pędzące wozy policyjne. Te potrafiły się same staranować, a nieraz (szczególnie w wąskich wyjazdach i wjazdach na autostrady) nawet i zablokować. Łatwo też je było też wyrolować – zazwyczaj wystarczyło jechać prawą stroną jezdni, a zaraz przed skrętem w lewo włączyć „niezawodne” spowolnienie i wykonać szybki manewr. Radiowozy oczywiście zawsze jechały w prawą odnogę – widać refleksem nie grzeszą. Zauważyłem też, że AI potrafi oszukiwać, bowiem po obstawieniu gliniarzy na bezpieczną odległość Ci nagle, niemal w mgnieniu oka dochodzili do mnie i znowu trzeba było się z nimi użerać. Generalnie rzecz biorąc, absolutnie nigdzie, nawet w typowych budżetówkach nie uświadczyłem podobnych sytuacji. No dobra, może nieco z tym przesadziłem, bo chyba nie grałem w te „najgorsze z najgorszych”, lecz nie zmienia to faktu, że po pozycji wydanej na rynku przez takiego potentata, jakim jest Eletronic Arts spodziewałem się znacznie więcej.

Kilka akapitów wcześniej napisałem już, że grafika prezentuje się nieźle. No właśnie tylko nieźle, bo jednak do najlepszych jej bardzo daleko. Ja rozumiem, że po PSP nie można spodziewać się cudów, a całość jest nieco słabszą, zminiaturyzowaną wersją PlayStation 2, lecz przecież grałem w takie gry jak God of War, czy bardziej spokrewniony gatunkowo Burnout Dominator. Obydwie te produkcje naprawdę cieszyły wzrok i pokazywały, że w przenośnej konsoli firmy Sony drzemie spory potencjał, lecz po NFS: Undercover zupełnie tego nie widać. Owszem, widoczki są jeszcze całkiem OK, podobnie jak ładne efekty jarzącego nam po oczach słońca oraz pojawiające się przy dużych prędkościach rozmycie obrazu, lecz już na przykład słabej jakości tekstury czy wygląd pojazdów (z ich kwadratowymi kołami na czele!) pozostawia wiele do życzenia. W jednym wersja PSP bije na głowę tą znaną z potężniejszych konsol i PCtów, a mam tu na myśli płynność rozgrywki, której brak dawał się wszystkim mocno we znaki. Przenośna edycja gry na szczęście nie cierpi na podobną dolegliwość, a animacja ani na moment nie zwalnia, co bardzo cieszy. Podobała mi się również strona muzyczna tej produkcji oraz odgłosy pojazdów, które usłyszymy w trakcie zabawy. Potężne silniki poukrywane pod maskami samochodów ryczą tak jak trzeba, podobnie jak palone na starcie czy na zakrętach gumy. Do tego dochodzi naprawdę spory zestaw wpadających w ucho kawałków, które doskonale współgrają z tym, co widać na małym ekranie konsolki. Przynajmniej na tym polu autorzy gry nie dali ciała i stanęli na wysokości zadania, choć to zdecydowanie za mało, by uratować tę produkcję.

Generalnie rzecz biorąc, Need for Speed: Undercover w wersji na konsolę PSP to jedna wielka porażka. Niemal każdy z elementów składowych tej pozycji rozczarowuje, począwszy od nieciekawego modelu jazdy, po skandalicznie małe miasto, niedopracowane zadania i durnych przeciwników, a na przeciętnej oprawie graficznej kończąc. Aż dziw bierze, że tak doświadczone studio, jak Black Box popełniło takiego gniota, którego ciężko komukolwiek polecić, bo nawet najwierniejsi fani serii będą mocno zniesmaczeni tym, co zobaczą w trakcie rozgrywki. Jeśli lubicie sobie poszaleć za kierownicą jakiejś superbryki to już lepiej sięgnijcie po Midnight Club: LA Remix lub Burnout Dominatora, bo te pozycje z pewnością dostarczą Wam zdecydowanie więcej emocji, a o Undercoverze po prostu zapomnijcie. Mam tylko nadzieję, że „przenośny” Shift udowodni, że można wydać porządnego Need For Speeda na PSP…

Info:

Gatunek: wyścigi
Oficjalna strona gry: www.needforspeed.com/undercover
Producent: EA Black Box
Wydawca: Electronic Arts
Wydawca PL: EA Polska
Cena: 69,90 zł

Wymagania:
PSP

Składam podziękowania za współpracę firmie EA Polska

Radosław „Basza” Szewczyk

Podziel się z innymi: These icons link to social bookmarking sites where readers can share and discover new web pages.
  • Digg
  • del.icio.us
  • Wykop
  • Gwar

Powiązane:

  1. Need for Speed: Undercover ozłocony
  2. Nie będzie dema Need for Speed Undercover
  3. Nowy Need for Speed już w listopadzie
  4. Need for Speed: Undercover
  5. Nowy Need For Speed zadebiutował w Stanach Zjednoczonych


Voodoo Guild on Facebook


« »

Zostaw komentarz

Anti-Spam Protection by WP-SpamFree